— Gratuluję zakupu, Montemayorze — powiedział. — Towar najwyższej jakości. Pozwól, że przekażę ci ją osobiście.
Wyciągnął rękę w moją stronę.
Gael stanął między nami.
— Ona pójdzie sama.
Baltasar zmrużył oczy.
— W tym domu obowiązują pewne zasady.
— To dobrze — odparł Gael chłodno. — Właśnie zamierzam przypomnieć ci jedną z nich. Nie dotykaj jej.
Przez ułamek sekundy obaj patrzyli na siebie bez słowa. W powietrzu zawisło napięcie tak gęste, że można by je przeciąć nożem. Baltasar pierwszy się uśmiechnął, ale jego oczy pozostały zimne.
— Jak sobie życzysz.
Gael wyciągnął w moją stronę dłoń, jednak nie próbował mnie złapać.
— Możemy iść?
Nie odpowiedziałam. Po prostu ruszyłam przed siebie.
Na zewnątrz czekał czarny samochód z przyciemnionymi szybami. Kierowca otworzył drzwi, a Gael zdjął płaszcz i położył go na siedzeniu obok mnie.
— Nie będę cię dotykał — powiedział. — W domu dostaniesz własny pokój. Drzwi będą miały zamek od środka. Nikt nie wejdzie bez twojej zgody.
Patrzyłam na niego podejrzliwie.
— Dlaczego zapłacił pan za mnie dziesięć milionów?
Nie odpowiedział od razu. Samochód ruszył, pozostawiając za sobą budynek, w którym właśnie wyceniono moje życie.
— Ponieważ wiedziałem, kim jesteś.
— To nie jest odpowiedź.
— Masz rację.
Odwrócił twarz w moją stronę.
— Nazywasz się Ximena Álvarez. Twój ojciec, Rafael, prowadził śledztwo dotyczące siatki handlu ludźmi działającej przez port w Manzanillo. Zanim zginął, zgromadził dokumenty, które mogły zniszczyć interesy Baltasara Treviña.
Zamarłam.
— Mój ojciec zginął w wypadku samochodowym.
— Tak wam powiedziano.
— Pan kłamie!
Mój głos odbił się od szyb. Kierowca spojrzał na nas w lusterku, lecz Gael gestem kazał mu skupić się na drodze.
— Chciałbym, żeby to było kłamstwo — powiedział cicho. — Twój ojciec próbował przekazać dowody prokuraturze. Ktoś uprzedził Treviña. Rafael zginął, zanim zdążył dokończyć.
Poczułam, że robi mi się słabo.
— Skąd pan to wie?
— Pracowałem z nim.
Wyciągnął z kieszeni portfel i wyjął stare zdjęcie. Na fotografii mój ojciec stał obok młodszego Gaela, a między nimi znajdował się mężczyzna, którego nie znałam.
— To mój brat, Esteban — wyjaśnił. — Zginął podczas tej samej sprawy. Próbował wywieźć świadka z miasta. Samochód, którym jechali, został zepchnięty z drogi. Oficjalnie uznano to za wypadek. Nieoficjalnie wiedzieliśmy, że ktoś ich śledził.
Przycisnęłam zdjęcie do piersi.
— A teraz pan chce wykorzystać mnie, żeby dokończyć to, czego nie udało się zrobić mojemu ojcu?
Gael nie zaprzeczył od razu. Ta chwila wahania wystarczyła, by znów poczuć strach.
— Chcę doprowadzić Treviña przed sąd. Ale nie będziesz mi nic winna. Jeśli zechcesz odejść, pomogę ci znaleźć bezpieczne mieszkanie, skontaktować się z rodziną i z prawniczką. Nie musisz zeznawać ani brać udziału w żadnej akcji.
— Więc dlaczego zapłacił pan tyle pieniędzy?
— Bo jeśli nie pojawiłbym się tej nocy, ktoś inny zabrałby cię z tej sali. Ktoś, kto nie dałby ci wyboru.
Nie ufałam mu. Nie mogłam. Przez ostatnie godziny nauczyłam się, że człowiek potrafi mówić łagodnym głosem, a jednocześnie planować cudzą krzywdę. Jednak w jego oczach nie widziałam triumfu właściciela. Dostrzegałam raczej zmęczenie człowieka, który zbyt długo żył z poczuciem winy.
Samochód wjechał na teren posiadłości nad jeziorem Chapala. Dom był ogromny, otoczony wysokimi drzewami i ogrodzony metalową bramą. Przy wejściu stali uzbrojeni ochroniarze, ale żaden nie próbował mnie zatrzymać, kiedy wysiadłam.
Starsza kobieta o srebrnych włosach czekała w holu.
— Jestem Teresa — przedstawiła się. — Zajmuję się domem. Przygotowałam dla ciebie pokój i coś do jedzenia.
— Czy mogę zamknąć drzwi na klucz?
Na jej twarzy pojawił się smutek.
— Oczywiście, kochanie. Klucz będzie po twojej stronie.
Pokój znajdował się na piętrze. Miał duże okno z widokiem na jezioro, łazienkę i szerokie łóżko. Na fotelu leżały czyste ubrania. Teresa przyniosła zupę, chleb i herbatę, po czym zostawiła mnie samą.
Nie tknęłam jedzenia.
Przesunęłam krzesło pod klamkę, usiadłam na podłodze i oparłam plecy o ścianę. Całą noc nasłuchiwałam kroków na korytarzu. Kiedy za oknem zaczęły śpiewać ptaki, dopiero wtedy pozwoliłam sobie zasnąć.
Obudziło mnie delikatne pukanie.
— Ximeno? — usłyszałam głos Gaela. — Przyniosłem telefon. Możesz zadzwonić do matki i do Nayeli. Jeśli wolisz, zostawię go pod drzwiami.
Podniosłam się powoli.
— Niech pan go zostawi.
Po chwili usłyszałam oddalające się kroki. Otworzyłam drzwi dopiero wtedy, gdy korytarz ucichł.
Pierwszy telefon wykonałam do matki.
Odebrała po pierwszym sygnale.
— Ximena? Córeczko? Gdzie jesteś? Boże, dlaczego nie odbierałaś? Policja nic nie robi, Iván nie wrócił do domu, a ja…
Jej głos załamał się w szlochu.
Osunęłam się na podłogę, ściskając telefon.
— Mamo, żyję. Jestem bezpieczna. Nie mogę ci jeszcze wszystkiego wyjaśnić, ale wrócę do ciebie.
— Kto cię zabrał? Czy oni cię skrzywdzili?
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Łzy spływały mi po policzkach, a gardło zacisnęło się tak mocno, że ledwie mogłam oddychać.
— Kocham cię — wyszeptałam. — Niedługo porozmawiamy.
Potem zadzwoniłam do Nayeli, mojej najlepszej przyjaciółki. Płakała, przeklinała i obiecywała, że odnajdzie mnie choćby miała przewrócić całe miasto do góry nogami.