CZĘŚĆ 1
— Mężczyzna, który cię poślubi, będzie największym szczęściarzem na świecie! — powiedział elektryk, zdejmując kapelusz.
— Miałam nadzieję, że to właśnie ty nim będziesz — odpowiedziałam niemal szeptem.
W tej samej chwili czterech przechodniów zatrzymało się w pół kroku. Kucharka wyjrzała przez okno, a pewna kobieta upuściła koszyk, który trzymała w ramionach. Wszyscy patrzyli na mnie tak, jakbym właśnie zrobiła coś zupełnie szalonego.
Nazywam się Lorena Martínez. Miałam trzydzieści cztery lata i od siedmiu lat nie pozwalałam żadnemu mężczyźnie zbliżyć się do mojego serca.
Mieszkałam w San Miguel de los Manzanos, niewielkiej miejscowości położonej w górach meksykańskiego stanu Puebla. Tutaj każdy znał cudze problemy, a sekrety utrzymywały się krócej niż letnia ulewa.
Pracowałam przy praniu i pomagałam w kuchni w posiadłości don Teófila Hernándeza. Nie było to życie w luksusie, ale nauczyłam się cenić spokój, jaki dawała mi codzienna rutyna.
Aż do dnia, w którym pojawił się Santiago.
Był czerwiec 1958 roku, kiedy do naszej miejscowości przyjechała ekipa elektryków, by zamontować pierwsze słupy i doprowadzić do wioski prąd. Do tej pory po zmroku rozświetlały ją jedynie lampy naftowe i świece.
Santiago Ramírez był jednym z robotników. Miał około trzydziestu ośmiu lat, był wysoki, barczysty, a jego dłonie nosiły ślady ciężkiej pracy. Przemierzył niemal pół Meksyku, pracując przy liniach energetycznych.
Zobaczyłam go po raz pierwszy pewnego poranka, kiedy rozkładałam obrusy na dziedzińcu hacjendy.
Pracował kilka metrów nad ziemią, przypięty pasem zabezpieczającym, i nucił starą piosenkę z Veracruz.
Nie potrafię wyjaśnić, co się wtedy stało. Jego głos sprawił, że znieruchomiałam z obrusem w dłoniach.
Kiedy podniósł wzrok, schowałam się za drzwiami niczym zakochana nastolatka.
Przez siedem lat unikałam miłości jak ognia.
Mój narzeczony, Ramiro, wyjechał do Monterrey, żeby zarobić pieniądze na nasz ślub. Osiem miesięcy później przysłał mi list, w którym napisał, że poznał inną kobietę.
Najgorsze nie było nawet to, że go straciłam. Najbardziej bolało odkrycie, że połowa mieszkańców wioski znała treść tego listu, zanim ja zdążyłam wypłakać wszystkie łzy.
Od tamtej pory stałam się „biedną Loreną” — kobietą, nad którą wszyscy się litowali.
Ale Santiago obudził we mnie coś, co uważałam już za martwe.
Następnego dnia zrobiłam coś, czego nikt by się po mnie nie spodziewał.
Z trudem przeciągnęłam swoją wielką blaszaną balię na drogę biegnącą przed hacjendą i ustawiłam ją dokładnie pod słupem, na którym pracował Santiago.
Przez trzydzieści dni prałam właśnie tam.
Nosiłam wiadra z wodą z pobliskiego kanału, szorowałam prześcieradła i rozwieszałam pranie na słońcu. Wszystko po to, by móc zobaczyć go choć przez kilka minut.
Czasami nasze spojrzenia się spotykały.
Pewnego popołudnia wiatr porwał moją białą chusteczkę. Santiago podniósł ją, delikatnie otrzepał i położył na kamieniu.
To był nasz pierwszy czuły gest.
Piątego lipca, gdy ciemne chmury zapowiadały popołudniowy deszcz, w końcu podszedł do mnie i wypowiedział tamte słowa o szczęściarzu, który pewnego dnia zostanie moim mężem.
Odpowiedź wyrwała mi się z ust, zanim zdążyłam ją przemyśleć.
— Miałam nadzieję, że to właśnie ty nim będziesz.
Santiago znieruchomiał.
Po chwili uśmiechnął się nieśmiało.
— Może jutro wybralibyśmy się na spacer? Chciałbym cię lepiej poznać.
Skinęłam głową, czując, jak serce obija mi się o żebra.
Ale jeszcze tego samego wieczoru odkryłam, że moja odpowiedź wywołała znacznie większe zamieszanie, niż mogłam sobie wyobrazić.
Kiedy weszłam do kuchni, moja przyjaciółka Rosa parzyła kawę.
— Lorena, doña Eulalia już zaoferowała nam swój dziedziniec na twoje wesele! Doña Mercedes zbiera pieniądze, a ojciec Benito chce z wami porozmawiać.
— Jakie wesele? — zapytałam zdezorientowana.
Rosa odłożyła łyżkę na stół.
— No przecież twoje, kobieto! Cała wioska już je organizuje!
Nie byliśmy nawet jeszcze na pierwszej randce.
A kiedy próbowałam zrozumieć, co się właściwie dzieje, usłyszałam dobiegający z korytarza głos doñi Eulalii:
— Nikt nie musi ich o nic pytać! Po siedmiu latach Lorena nie może zmarnować takiej szansy!
Te słowa zmroziły mi krew w żyłach.
CZĘŚĆ 2
Następnego dnia, kiedy przyszłam na mszę, zrozumiałam, że moje życie przestało należeć do mnie.
Doña Eulalia uściskała mnie przed kaplicą.
— Moje dziecko, wreszcie spotka cię szczęście, na które tak bardzo zasługujesz!
Zaraz potem inne kobiety zaczęły wypytywać, jaką suknię założę, ilu gości chcę zaprosić i czy wolę białe, czy różowe kwiaty.
Próbowałam wyjaśnić, że z Santiago ledwie się znamy, ale nikt nie chciał mnie słuchać.
Wtedy pojawiła się doña Carmen Gallegos, matka Ramira, mojego byłego narzeczonego.
Ujęła moje dłonie, a w jej oczach zalśniły łzy.
— Wciąż przechowuję twoją suknię ślubną, córeczko. Nigdy nie dokończyłam jej szycia. Teraz mogę ją poprawić i przygotować dla ciebie.
Poczułam gulę w gardle.
To było już za wiele.
Nie chciałam wychodzić za mąż w sukni przesiąkniętej wspomnieniami o mężczyźnie, który mnie porzucił.
Po mszy Santiago czekał na mnie przy sadzie jabłoniowym.
Spacerowaliśmy między drzewami i rozmawialiśmy o naszych rodzinach. Opowiedział mi, że jego ekipa miała wyjechać do stanu Hidalgo dwudziestego ósmego lipca.
— Nie chcę cię oszukiwać, Lorena. Moja praca polega na tym, że przyjeżdżam do jakiejś miejscowości, zakładam instalację elektryczną, a potem ruszam dalej.