— Kto w takim razie?

— Dokumenty właścicielskie zostały zmienione. Wszystkie udziały objęto zabezpieczeniem powierniczym.

Julian pobladł.

— To niemożliwe.

— A jednak.

Rozłączył się bez pożegnania.

Serena natychmiast do niego podeszła.

— Co się stało?

— Nic.

— Julian, nie kłam. Coś jest nie tak.

Przez kilka sekund wpatrywał się w telefon.

— Musimy jechać do szpitala.

— Teraz?

— Natychmiast.


Wpadli do mojej sali tuż przed północą.

Julian nie próbował już udawać troskliwego męża. Miał rozpiętą koszulę, zaczerwienione oczy i twarz wykrzywioną ze złości.

— Co zrobiłaś?! — krzyknął.

Marta natychmiast wstała.

— Proszę mówić ciszej.

— Niech pani stąd wyjdzie!

— Nie wyjdę. Pacjentka potrzebuje spokoju.

Serena stanęła za Julianem, ściskając torebkę.

— Audrey, kochanie — odezwała się przesłodzonym głosem. — Czy mogłabyś wyjaśnić, o co chodzi? Julian jest bardzo zdenerwowany.

Patrzyłam na nich oboje.

Po raz pierwszy nie byli już tacy pewni siebie.

Julian podszedł do łóżka.

— Słuchaj mnie. Wiem, że rozumiesz, co mówię. Przestań udawać. Co zrobiłaś z firmą?

Powoli przesunęłam wzrok na ekran.

Jedna litera.

Druga.

Trzecia.

Na monitorze pojawiła się wiadomość:

„To nigdy nie była twoja firma”.

Julian zamarł.

— Ty… ty naprawdę rozumiesz?

Nie odpowiedziałam.

Serena spojrzała na niego, a potem na mnie.

— Julian, mówiłeś, że ona niczego nie rozumie.

— Zamknij się.

— Powiedziałeś, że lekarze nie dają jej żadnych szans!

— Powiedziałem, żebyś się zamknęła!

Marta nacisnęła przycisk przywołania ochrony.

Julian pochylił się nade mną.

— Odwołaj to. Słyszysz? Odwołaj wszystkie dokumenty. Możemy jeszcze wszystko naprawić.

Wystukałam kolejne zdanie:

„Nie ma już nic do naprawienia”.

Jego twarz pobladła.

— Jesteś moją żoną!

Wtedy po raz pierwszy od dawna odpowiedziałam inaczej. Wybrałam krótkie zdanie, które system odczytał syntetycznym głosem:

— Byłam twoją żoną. Ty byłeś tylko człowiekiem, któremu zaufałam.

Julian cofnął się o krok.

W tej samej chwili do sali weszło dwóch pracowników ochrony. Za nimi pojawił się doktor Hale.

— Muszą państwo opuścić oddział — powiedział stanowczo.

— To moja żona! — wrzasnął Julian.

— A to mój oddział — odparł lekarz. — Jeśli nie wyjdzie pan dobrowolnie, wezwę policję.

Serena chwyciła Juliana za rękaw.

— Chodźmy. Wszyscy na nas patrzą.

— To jeszcze nie koniec! — syknął, wskazując mnie palcem. — Jeszcze zobaczysz!

Patrzyłam, jak wychodzi.

I po raz pierwszy jego groźba nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.


Następnego dnia do szpitala przyjechał detektyw prowadzący sprawę nadużyć finansowych w firmie.

Nazywał się Robert Mills. Był wysokim mężczyzną o zmęczonych oczach i spokojnym głosie. Nie próbował przesłuchiwać mnie w sposób wymagający mówienia. Przygotował listę pytań, na które mogłam odpowiadać za pomocą systemu.

— Pani Audrey, znaleźliśmy dokumenty potwierdzające przelewy na konto spółki należącej do Sereny Vale — powiedział. — Czy wiedziała pani o tych transakcjach?

Wybrałam „NIE”.

— Czy udzieliła pani mężowi pełnomocnictwa do sprzedaży udziałów?

„NIE”.

— Czy podpisy na tych dokumentach należą do pani?

„NIE”.

Detektyw zapisał odpowiedzi.

— Mamy również nagranie z monitoringu w biurze. Widać na nim, jak pani mąż wchodzi do gabinetu poza godzinami pracy i fotografuje dokumenty zawierające pani podpis.

Zatrzymał się na chwilę.

— Jest jeszcze jedna kwestia. W dokumentacji szpitalnej odnotowano kilka nietypowych próśb dotyczących pani leków. Czy w ostatnich tygodniach zauważyła pani coś niepokojącego?

Przypomniałam sobie nagłe osłabienie po wieczornych dawkach, dziwne zawroty głowy i to, jak Julian wielokrotnie nalegał, by Marta nie zostawała w pokoju podczas podawania mi leków.

Nie miałam dowodów, ale coś podpowiadało mi, że to nie był przypadek.

Wybrałam:

„Proszę sprawdzić, kto miał dostęp do moich leków”.

Detektyw spojrzał na doktora Hale’a.

— Zajmiemy się tym.

Po jego wyjściu lekarz usiadł przy moim łóżku.

— Audrey, chcę, żeby wiedziała pani, że wszystkie leki są teraz przygotowywane i kontrolowane przez dwie osoby. Nie pozwolimy, by ktokolwiek ingerował w pani leczenie.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością.

Nie wiedziałam jeszcze, co wydarzyło się w moim pokoju przez ostatnie miesiące. Zaczynałam jednak rozumieć, że Julian mógł przekroczyć granicę znacznie wcześniej, niż przypuszczałam.


Trzy dni później wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Serena przyszła do szpitala sama.

Nie miała już na sobie drogich ubrań ani szerokiego uśmiechu. Wyglądała na niewyspaną. Włosy związała w niedbały kok, a pod oczami miała ciemne cienie.

Marta nie chciała jej wpuścić.

— Nie sądzę, żeby pani Audrey życzyła sobie tej wizyty.

— Proszę, muszę z nią porozmawiać.

— Nie.

Serena wyjęła z torebki pendrive.

— Mam coś, co powinna zobaczyć.

Marta spojrzała na mnie. Przesunęłam wzrok na ekran i wybrałam: „WPUŚCIĆ”.

Serena weszła powoli. Nie podeszła do łóżka. Zatrzymała się przy drzwiach.

— Wiem, że mnie nienawidzisz — powiedziała.

Nie odpowiedziałam.

— Nie przyszłam prosić o przebaczenie. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że Julian okłamał mnie w każdej sprawie.

Podeszła do stolika i położyła na nim pendrive.

— Mówił, że jesteś nieprzytomna. Że lekarze nie dają ci żadnych szans. Twierdził, że wasze małżeństwo od dawna nie istnieje i że dom należy do niego. Zapewniał, że po twojej śmierci wszystko przejdzie na niego.