— Musimy przede wszystkim chronić reputację hotelu. Camila działała na własną rękę i korzystała z dokumentów, do których nie powinna mieć dostępu. Proponuję, żeby opuściła budynek, a my przeprowadzimy bezstronne postępowanie.
— Jest jedenaście zgłoszeń, których nikt nie rozpatrzył — odpowiedziałam. — Są też wydatki z programu pomocy społecznej, których nikt nie potrafi wyjaśnić.
— Wszystko zostanie sprawdzone — zapewnił mnie wuj.
Następnie polecił ochronie odprowadzić mnie do wyjścia. Jego głos brzmiał spokojnie, niemal troskliwie, ale odmówił zawieszenia Salgada do czasu wyjaśnienia sprawy.
Kiedy przechodziłam przez hol, ponownie zadzwoniła Sofía.
— Camila, mamy problem. Ktoś właśnie zlecił wcześniejsze usunięcie części archiwów związanych z firmą Servicios Horizonte. Chodzi o dokumentację z dziesięciu hoteli.
— Kto wydał polecenie?
— Wniosek został złożony z konta kierowniczego wyższego szczebla niż konto dyrektora hotelu. Uruchomiłam zabezpieczenie danych w systemach, do których mamy dostęp. Nie wiemy jeszcze, czy wszystkie kopie są kompletne.
Spojrzałam w stronę biura Arturo. Jego prawnik zamknął drzwi.
Po raz pierwszy od śmierci ojca poczułam prawdziwy strach. Nie bałam się już tylko dyrektora, który próbował zastraszyć pracowników. Zaczynałam podejrzewać, że zagrożenie znajdowało się w samym centrum naszej rodziny.
Emiliano czekał pod zadaszeniem przy wejściu. Trzymał w dłoni swój identyfikator i patrzył na deszcz.
— Muszę ci wyjaśnić, co się dzieje — powiedziałam.
Zatrzymał się, ale nie odwrócił.
— Moja matka czeka na operację, a ja straciłem pracę. Pani sprawdzała, jak daleko można się posunąć, a ja płaciłem za to własnym życiem. Czego jeszcze pani chce?
— Masz rację. Nie zasłużyłam na twoje zaufanie.
Wyjęłam telefon i pokazałam mu zawiadomienie o zabezpieczeniu dokumentacji, które przesłała mi Sofía. Emiliano przeczytał nazwę firmy i uniósł głowę.
— Servicios Horizonte… Ta nazwa pojawiała się na rachunkach, które kazano nam wpisywać jako noclegi dla osób potrzebujących pomocy. Widziałem podpisy gości, którzy nigdy nie przyjechali.
Zanim zdążył pokazać mi cokolwiek więcej, zadzwoniła jego koleżanka, Nadia. Włączył głośnik.
— Emiliano, zablokowali mi służbową pocztę — powiedziała zdenerwowana. — Ktoś usuwa pliki z naszych zmian. W rejestrze dostępu pojawiło się polecenie z kancelarii Arturo Roblesa.
— Masz kopie? — zapytałam.
— Mam potwierdzenia godzin pracy na prywatnym koncie i cztery zgłoszenia, które wysyłałam do działu personalnego. Nie kopiowałam żadnych danych klientów. Zachowałam tylko własną dokumentację.
— Nie wysyłaj niczego dalej bez konsultacji z prawnikiem. Zachowaj oryginały i nie usuwaj wiadomości.
Nadia odetchnęła.
— W końcu ktoś mówi nam, że mamy prawo się bronić.
Rozmowa urwała się, a Emiliano spojrzał na mnie z nieufnością.
— Nie zamierzam włamywać się z panią do żadnego biura.
— Nie poproszę cię o to.
— Dobrze. Bo już wystarczająco dużo straciłem.
Odwrócił się i ruszył w stronę stacji metra. Nie próbowałam go zatrzymywać. Wiedziałam, że nie mogę oczekiwać, iż jedno wyjaśnienie naprawi krzywdę, którą pomogłam mu wyrządzić.
Tego wieczoru w siedzibie grupy hotelowej czekała na mnie Sofía, dwóch zewnętrznych specjalistów od audytu i Patricia Vázquez, przewodnicząca komitetu audytowego. Na stole leżały segregatory, wydruki korespondencji i raporty z jedenastu wcześniejszych skarg.
Przedstawiłam im wszystko, co wydarzyło się w hotelu. Nie ukrywałam, że przyjechałam pod fałszywym nazwiskiem, że obserwowałam pracowników i że moja obecność doprowadziła Emiliana do sytuacji, w której stracił stanowisko.
Patricia wysłuchała mnie bez przerywania.
— Nie będziesz uczestniczyć w rozmowach z pracownikami tego hotelu — powiedziała w końcu. — Jesteś świadkiem zdarzeń, ale jesteś również częścią konfliktu. Potrzebujemy niezależności.
Zgodziłam się.
Sofía rozłożyła kolejne dokumenty.
— Mamy jedenaście zgłoszeń dotyczących potrąceń z pensji, nadgodzin i działań odwetowych. Wszystkie zamknięto z powodu rzekomego braku dowodów. Każde zamknięcie zatwierdzono z poziomu biura korporacyjnego twojego wuja.
Patricia przesunęła okulary na czubek nosa.
— A program pomocy społecznej?
— Istniał od sześciu lat — odpowiedziała Sofía. — Finansował noclegi rodzin przyjeżdżających na leczenie oraz osób ewakuowanych po katastrofach. Jednak przez ostatnie osiemnaście miesięcy niemal cały budżet trafiał do firmy Servicios Horizonte.
Na ekranie pojawił się adres firmy. Było to niewielkie biuro w przemysłowej części Tlalnepantli.
— Łączna wartość przelewów wynosi sześćdziesiąt jeden milionów czterysta tysięcy pesos — dodała Sofía.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Ile rodzin otrzymało pomoc? — zapytałam.
Audytor otworzył zestawienie usług.
— Tego właśnie nie możemy potwierdzić. Setki noclegów wystawiono na podstawie kodów rezerwacyjnych, których system hotelowy nie rozpoznaje. Niektóre daty pokrywają się z pobytami gości, którzy normalnie zapłacili za pokoje. Inne obejmują transporty medyczne, których nie potwierdzają żadne umowy.
— Czyli ktoś mógł wystawiać rachunki za pomoc, której nigdy nie udzielono?
— To jedna z hipotez. Musimy zweryfikować każdą fakturę i każde zlecenie, zanim wyciągniemy ostateczne wnioski.
Kolejny raport wykazał, że Servicios Horizonte była powiązana ze spółką należącą do brata Salgada.
Wtedy zrozumiałam, dlaczego dyrektor tak bardzo chciał uciszyć pracowników. Kradzież bransoletki mogła być jedynie pretekstem do zastraszenia osoby, która zaczęła zadawać niewygodne pytania.
O północy do biura wszedł Arturo. Miał na sobie ciemny garnitur i wyglądał na zmęczonego, choć jego twarz nadal zachowywała zwyczajny spokój.
— Chcę porozmawiać z Camilą na osobności — oznajmił.