Nie wiedziałam, jaką przyszłość przyniesie nam los. Wiedziałam tylko, że będę kochać te dzieci i że nie pozwolę, by dorastały w domu, w którym miłość oznacza milczenie, podejrzenia i zdradę.
Minął rok.
Nadal mieszkałam osobno. W moim niewielkim mieszkaniu stały dwie dziecięce kołyski, a przy oknie piętrzyły się zabawki, książeczki i ubranka. Nie było luksusowo, ale było spokojnie.
Pewnego popołudnia Germán przyszedł zabrać dzieci na uzgodnione spotkanie. Elena uczepiła się jego koszuli, a Bruno próbował zdjąć mu okulary.
Mąż podał mi torbę z pieluchami i zapytał, czy czegoś jeszcze potrzebuję.
— Tylko tego, żebyś wrócił o ustalonej godzinie — odpowiedziałam.
— Będę na czas.
Zamknęłam drzwi i wróciłam do pokoju. Wśród książek znalazłam fotografię z naszego ślubu.
Nie podarłam jej.
Włożyłam ją do pudełka razem z dokumentami fundacji mojej matki i pierwszymi zdjęciami USG. Wszystkie te rzeczy należały do mojej historii. Żadna z nich nie musiała jednak decydować o mojej przyszłości.
Podeszłam do okna i zobaczyłam, jak Germán przypina dzieci do fotelików. Sprawdził pasy, poprawił kocyk Eleny i upewnił się, że Bruno ma wygodnie ułożoną głowę. Dopiero potem zamknął drzwi samochodu i odjechał.
Patrzyłam, aż samochód zniknął za drzewami.
Tym razem nie czekałam, aż jakiś mężczyzna przypomni sobie, dokąd powinien wrócić.
Wiedziałam, o której godzinie wrócą moje dzieci.
I wiedziałam, że niezależnie od tego, co wydarzy się później, moje życie należy do mnie.