— Mam sto pięćdziesiąt tysięcy pesos oszczędności.
— To już musicie ustalić między sobą.
Diego przeczesał włosy dłonią.
— Mogę wziąć pożyczkę. Mam też motocykl, który mogę sprzedać. Może Sergio, mój kolega z warsztatu, również pożyczy mi trochę pieniędzy.
— Porozmawiajcie ze swoim prawnikiem i Ernestem. Nie chcę już żadnych obietnic składanych ustnie.
Ofelia przycisnęła teczkę do piersi.
— Zostawisz nas z niczym.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Chciała pani zostawić mnie bez dachu nad głową. Ja chcę tylko odzyskać swój dom i zamknąć ten rozdział.
Zamknęłam drzwi.
Po drugiej stronie usłyszałam, jak Diego kłóci się z matką.
— Mówiłem ci, że to zły pomysł!
— To ty miałeś pełnomocnictwo!
— Bo nalegałaś, żeby je wykorzystać!
Ich głosy stopniowo oddalały się w stronę windy.
Przez chwilę stałam, patrząc na drzwi.
Potem wróciłam do kuchni.
Moja kawa wciąż była gorąca.
I po raz pierwszy od rozwodu smakowała naprawdę wyśmienicie.
Przez kolejne dni Ernesto negocjował z prawnikiem zatrudnionym przez Diega i Ofelię.
Nie było to tak proste, jak im się wydawało.
Trzeba było ustalić, w jaki sposób prawnie odwrócić przeniesienie własności, przygotować dokumenty notarialne, sprawdzić zobowiązania podatkowe i skoordynować ewentualne cofnięcie pozwu z faktycznym wykonaniem wszystkich warunków ugody.
Ernesto postawił sprawę jasno.
— Lucía, nie wycofamy pozwu tylko dlatego, że obiecali oddać ci mieszkanie. Najpierw musimy mieć odpowiednie zabezpieczenia i prawidłowo przeprowadzoną transakcję.
Ostatecznie ugoda została sporządzona w taki sposób, aby precyzyjnie określała obowiązki, terminy oraz sposoby potwierdzenia wykonania każdego zobowiązania.
Diego i Ofelia zgodzili się pokryć koszty uregulowania sytuacji prawnej nieruchomości oraz wypłacić łącznie pięćset tysięcy pesos odszkodowania. Pieniądze miały zostać przekazane udokumentowanym przelewem bankowym, zgodnie z warunkami zawartego porozumienia.
Ta kwota była propozycją ugodową, a nie sumą, którą jakikolwiek sąd już im zasądził.
Aby ją zgromadzić, Ofelia musiała wykorzystać znaczną część swoich oszczędności.
Diego sprzedał motocykl, zaciągnął prywatną pożyczkę i zwrócił się o pomoc do dwóch znajomych.
Nie czułam satysfakcji, kiedy się o tym dowiedziałam.
Ale nie czułam też żadnej winy.
Sami wybrali drogę, która doprowadziła ich do tego miejsca.
W kolejnych tygodniach przeprowadzono wszystkie niezbędne formalności.
Prawnik sprawdził każdy podpis, każde potwierdzenie przelewu i każdy warunek ugody.
Przeniesienie własności zostało ostatecznie cofnięte, a mieszkanie ponownie wpisano na moje nazwisko.
Kiedy trzymałam już w rękach aktualne dokumenty z rejestru nieruchomości, ogarnęło mnie uczucie, którego nie potrafiłam opisać.
Nie płakałam w urzędzie.
Nie płakałam u notariusza.
Nie uroniłam nawet łzy, kiedy Ernesto potwierdził, że wszystkie formalności zostały zakończone i można zamknąć postępowanie zgodnie z zawartą ugodą.
Ale tamtego wieczoru, gdy weszłam do mieszkania, zatrzymałam się przed fotografią babci.
Stała na półce w salonie.
Wzięłam ją do rąk.
— Już po wszystkim, babciu — wyszeptałam. — Nie udało im się odebrać nam domu.
I wtedy wreszcie się rozpłakałam.
Płakałam nad wszystkimi chwilami, kiedy znosiłam upokorzenia, wmawiając sobie, że muszę to robić, żeby ratować małżeństwo.
Nad nocami, kiedy Diego mówił mi, że przesadzam, bo jego matka przeglądała moje rzeczy.
Nad latami, podczas których przyzwyczaiłam się prosić o pozwolenie we własnym domu.
A przede wszystkim płakałam z ulgi.
Następnego dnia Ernesto przekazał mi końcowe zestawienie kosztów.
Z otrzymanych pięciuset tysięcy pesos odszkodowania około pięćdziesięciu tysięcy przeznaczyłam na honorarium prawnika i pozostałe wydatki, które zgodnie z ostateczną ugodą musiałam pokryć.
Zostało mi czterysta pięćdziesiąt tysięcy.
Część przeznaczyłam na remont kuchni, którą moja babcia zawsze chciała odnowić.
Kolejną część odłożyłam na nieprzewidziane wydatki.
Za resztę kupiłam dwa bilety lotnicze.
Jeden dla siebie.
Drugi dla mamy.
Pojechałyśmy na tydzień do Puerto Escondido.
Po raz pierwszy od wielu lat mogłam cieszyć się wakacjami, nie martwiąc się wymaganiami Diega ani krytyką Ofelii.
Pewnego ranka, siedząc nad brzegiem morza, otrzymałam wiadomość od byłego męża.
„Lucía, nadal mam w twoim mieszkaniu swoją wędkę. Czy mógłbym któregoś dnia po nią przyjść?”
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem się uśmiechnęłam.
Odpisałam:
„Twoje rzeczy są już spakowane. Możesz odebrać je u zarządcy budynku w poniedziałek między dziesiątą a dwunastą. Nie musisz nawet wchodzić na górę”.
Diego odpisał niemal natychmiast.
„Dziękuję. Powiedz mi tylko, czy naprawdę już nigdy nie chcesz ze mną porozmawiać?”
Spojrzałam na ocean.
Przypomniałam sobie jego szyderczy śmiech przy windzie, triumfalny wyraz twarzy jego matki i tamten piątek, kiedy oboje byli przekonani, że odebrali mi wszystko.
Potem pomyślałam o tym, jak bardzo zmieniło się moje życie.
Nie miałam już męża, którego musiałam utrzymywać.
Nie miałam już teściowej, która bez pozwolenia wchodziła do moich pokoi.
A co najważniejsze, odzyskałam dom, w którym dorastałam.
Napisałam ostatnią wiadomość.
„Diego, kiedy twoja matka próbowała ukraść mi mieszkanie, ty się śmiałeś. Kiedy zrozumiałeś, jakie mogą być tego konsekwencje, poprosiłeś mnie o pomoc. Tego dnia zrozumiałam, że nigdy tak naprawdę nie stałeś po mojej stronie. Nie mamy już o czym rozmawiać”.
Zablokowałam jego numer.
Mama, która siedziała obok mnie, spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
— Wszystko w porządku, córeczko?
Schowałam telefon.
— Wszystko idealnie, mamo.
Uśmiechnęła się i ponownie spojrzała na fale.
Rozsiadłam się wygodnie na leżaku i zamknęłam oczy.