— Kto zatwierdził wysyłkę?

— Kierownik Severiano. Powiedział, że wszystkie formalności są załatwione.

Tadeo odłożył telefon i ponownie spojrzał na próbkę materiału. Teraz rozumiał, dlaczego Lidia nie chciała rozmawiać o zwykłym sporze pracowniczym. Nie walczyła o stanowisko. Próbowała zatrzymać coś, co mogło kosztować kogoś życie.

Tymczasem w swoim niewielkim mieszkaniu Lidia przygotowywała quesadille. W kuchni pachniało podsmażonym serem i ciepłymi tortillami, ale ona ledwie zauważała ten zapach. Myślami wciąż wracała do fabryki, do spojrzeń koleżanek i do kartki z decyzją o zwolnieniu.

Nayeli siedziała przy stole, rysując kolorowymi kredkami. Miała siedem lat i potrafiła rozpoznać nastrój matki lepiej, niż Lidia by sobie tego życzyła.

— Mamo, dlaczego wróciłaś tak wcześnie? — zapytała.

— Dzisiaj skończyłam pracę wcześniej.

Nayeli uniosła wzrok.

— To dobrze. Możemy obejrzeć bajkę?

— Oczywiście.

Dziewczynka wróciła do rysowania. Po chwili Lidia postawiła przed nią talerz, a Nayeli zaczęła jeść małymi kęsami. Kiedy skończyła, odsunęła talerz i odmówiła ciasteczek, które matka wyjęła z szafki.

— Nie jestem głodna.

Lidia znała ten ton. Jej córka nie chciała sprawiać kłopotów. Wiedziała, że w ostatnich miesiącach pieniędzy wystarczało ledwie na rachunki, jedzenie i szkołę. Czasami sama rezygnowała z deseru, żeby mama mogła zjeść większą porcję.

Lidia usiadła obok niej i pogładziła ją po włosach.

— Kochanie, nie musisz oszczędzać na jedzeniu, żeby mi pomóc.

— Ale jeśli będę jadła mniej, będziemy miały więcej pieniędzy — odpowiedziała Nayeli z dziecięcą powagą.

Lidia poczuła ukłucie bólu.

— Nie. To nie jest twoje zadanie. Ty masz chodzić do szkoły, bawić się i rosnąć. O pieniądze martwią się dorośli.

Dziewczynka przytuliła się do niej, a Lidia objęła ją mocno. Przez chwilę pozwoliła sobie uwierzyć, że wszystko jakoś się ułoży.

Po kolacji wykąpała córkę, pomogła jej założyć piżamę i przeczytała krótką bajkę. Gdy Nayeli zasnęła, Lidia została jeszcze przez kilka minut przy jej łóżku, słuchając spokojnego oddechu dziecka.

Potem wróciła do sypialni i otworzyła szafę.

Na wieszaku wisiała stara kurtka strażacka Álvara, jej zmarłego męża. Była ciężka, ciemna i wytarta na łokciach. Wciąż zachowała delikatny zapach dymu, którego nie zdołało usunąć żadne pranie.

Álvaro zginął trzy lata wcześniej podczas pożaru. Wszedł do płonącego budynku, żeby pomóc rodzinie uwięzionej na piętrze. Uratował dwie osoby, ale sam nie zdołał wyjść na czas.

Po jego śmierci Lidia długo nie potrafiła pogodzić się z tym, że człowiek, który całe życie chronił innych, nie wrócił do domu.

Teraz, po raz kolejny, bała się stracić grunt pod nogami. Nie tylko własny. Bała się, że jeśli nie będzie miała pracy, nie zapewni Nayeli spokojnego życia. Że kolejne nieszczęście odbierze im poczucie bezpieczeństwa, które tak mozolnie próbowała odbudować.

Dotknęła rękawa kurtki.

— Nie wiem, czy robię dobrze, Álvaro — wyszeptała.

Odpowiedziała jej cisza.

Następnego ranka ktoś zapukał do drzwi.

Lidia otworzyła tylko tyle, na ile pozwalał łańcuch zabezpieczający. Po drugiej stronie stał Tadeo. Nie przyprowadził prawnika, nie zabrał ze sobą asystenta i nie wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do wydawania poleceń. Miał podkrążone oczy i pogniecioną koszulę.

— Musimy porozmawiać — powiedział.

— Wczoraj miałam okazję rozmawiać z pańską firmą. Skończyło się zwolnieniem.

— Wiem.

— Więc czego pan chce?

Tadeo wziął głęboki oddech.

— Kurtki są już w remizach. Dwieście dwanaście sztuk. Sprawdziliśmy próbkę i szew nie wytrzymał testu. Muszę wiedzieć, jak rozpoznać wszystkie wadliwe egzemplarze, zanim ktoś założy je podczas akcji.

Lidia patrzyła na niego przez kilka sekund.

— Wczoraj mnie pan nie potrzebował.

— Wczoraj popełniliśmy błąd.

— Pan popełnił błąd, kiedy pozwolił pan, żeby ludzie bali się powiedzieć prawdę.

Tadeo nie próbował zaprzeczać.

— Ma pani rację.

To proste zdanie zaskoczyło ją bardziej niż jakakolwiek wymówka.

— Chcę pomóc — dodał. — Nie oczekuję, że mi pani wybaczy. Potrzebuję jednak pani wiedzy.

Lidia spojrzała na niego uważnie. W jego głosie nie było ani rozkazu, ani udawanej pewności siebie.

Po chwili odpięła łańcuch.

— Pojadę z panem. Ale nie jako pracownica pańskiej firmy. Nie podpiszę żadnego dokumentu, który zabroni mi mówić o tym, co zobaczę. I jeśli dowiem się, że ukrywa pan przede mną choćby jedną informację, wrócę do domu.

— Zgadzam się.

— Jeszcze jedno. Nie będę obiecywać strażakom, że wszystko jest bezpieczne, dopóki sama tego nie sprawdzę.

— Tego właśnie od pani oczekuję.

Tego dnia sąsiadka Lidii, doña Socorro, zgodziła się zaopiekować Nayeli. Była starszą kobietą o srebrnych włosach, ostrym języku i sercu, które nie pozwalało jej przejść obojętnie obok cudzych problemów.

Gdy Tadeo czekał przy samochodzie, Nayeli wybiegła na korytarz.

— Pan też jest strażakiem? — zapytała.

Tadeo przykucnął, żeby znaleźć się na wysokości jej oczu.

— Nie. Ja tylko produkuję kurtki dla strażaków.

Dziewczynka przez chwilę milczała.

— Mój tata był strażakiem.

Tadeo nie znalazł odpowiednich słów. W końcu skinął głową.

— Musiał być bardzo odważny.

— Był — odpowiedziała Nayeli. — I zawsze wracał do domu, dopóki nie przestał.

Lidia zamknęła oczy na krótką chwilę. Tadeo wstał powoli, a spojrzenie, które wymienił z Lidią, nie potrzebowało żadnego komentarza.