CZĘŚĆ 1
— Skoro spędziłaś pod moim dachem 7 nocy, przed wyjazdem musisz zapłacić 28 600 pesos.
Moja synowa przesunęła kartkę po stole dokładnie w chwili, gdy kończyłam zmywać naczynia po śniadaniu.
Dłonie miałam zaczerwienione od detergentu, a fartuch wciąż był mokry.
Pomyślałam, że to jakiś żart.
Ale Mariana wcale się nie roześmiała.
Wskazała pomalowanym na czerwono paznokciem ostatnią pozycję na kartce.
— To opłata za nocleg, jedzenie, wodę i prąd. Wszystko dokładnie rozpisałam, żeby później nie było żadnych nieporozumień.
Nazywam się Clara Mendoza, mam 64 lata i mieszkam w Puebli.
Przejechałam niemal trzy godziny do Cuernavaki, ponieważ w poprzednią niedzielę Mariana zadzwoniła do mnie z płaczem.
Mój syn, Rodrigo, miał wyjechać w podróż służbową, a ona zapewniała, że moje wnuki, Valentina i Nico, bez przerwy pytają, kiedy przyjedzie babcia.
Valentina miała osiem lat, a Nico właśnie skończył sześć.
Odkąd zmarł mój mąż, Julián, wizyty wnuków były tym, na co najbardziej czekałam każdego miesiąca.
Zapakowałam trzy słoiki domowej konfitury z gujawy, przygotowałam torbę z kolorowankami i wyruszyłam jeszcze przed świtem.
Mariana przywitała mnie w jedwabnym dresie, z telefonem przyklejonym do ucha.
— Dobrze, że przyjechałaś, Clara. Sama już nie daję sobie ze wszystkim rady.
W salonie leżały sterty ubrań do poskładania, pudła po zakupach i talerze z resztkami jedzenia.
Nie pomyślałam o niej nic złego. Dzieci potrafią wywrócić każdy dom do góry nogami, a Rodrigo często wyjeżdżał.
Zostawiłam walizkę w pokoju gościnnym i zaczęłam porządkować kuchnię, podczas gdy dzieci jeszcze spały.
Kiedy się obudziły, Valentina rzuciła mi się na szyję tak mocno, że prawie przewróciła moją torbę.
Nico z dumą pokazał mi ruszający się ząb.
Zjedliśmy na śniadanie molletes, czyli meksykańskie bułki zapiekane z serem i fasolą, oraz owoce z moją konfiturą.
Mariana weszła do kuchni, kiedy właśnie sprzątaliśmy po posiłku. Spojrzała na pusty zlew i uniosła brwi.
— Świetnie. W takim razie możesz jeszcze wyszorować łazienkę na dole.
Myślałam, że po obiedzie zabiorę dzieci do parku, ale wskazała mi górę ubrań szkolnych.
— Najpierw trzeba przygotować im czyste rzeczy na jutro. Do parku możecie pójść innego dnia.
Powtarzałam sobie, że ta kobieta jest po prostu zmęczona, a pomaganie przecież należało do powodów, dla których przyjechałam.
Wstawiłam trzy prania, a po południu ugotowałam zupę makaronową.
O dziewiątej wieczorem nie czułam już stóp.
We wtorek Mariana przykleiła do lodówki listę zadań.
Trzeba było opróżnić lodówkę, umyć półki, uporządkować spiżarnię i odebrać zamówienie z pralni chemicznej.
Mariana prowadziła z domu sklep internetowy z akcesoriami. Nie oczekiwałam, że porzuci własną pracę.
Zaskoczyło mnie tylko, że nawet nie oderwała wzroku od telefonu, żeby zapytać, czy nie boli mnie kręgosłup.
Przez 31 lat pracowałam jako pomoc pielęgniarska. Wiedziałam, co znaczy harować przez wiele godzin. Ale przeszłam na emeryturę, żeby wreszcie trochę odpocząć, a nie po to, by zamienić jedną pracę na drugą, bez żadnych godzin i wolnych dni.
W środę zapłaciłam za zakupy spożywcze, bo Mariana powiedziała, że zapomniała przelać pieniądze na swoje konto.
Wydałam 1760 pesos.
W piątek kupiłam mleko, owoce i kurczaka za kolejne 1240 pesos.
Schowałam paragony do portfela, tak jak robiłam to od lat, odkąd razem z Juliánem nauczyliśmy się rozsądnie gospodarować emeryturą.
Żaden z tych wydatków nie bolał mnie tak bardzo, jak ton, którym Mariana zaczęła wydawać mi polecenia.
— Clara, przygotuj coś porządnego do jedzenia.
— Clara, zdezynfekuj łazienkę.
— Clara, skoro już skończyłaś, zmień pościel.
W czwartek udało mi się wreszcie usiąść z filiżanką herbaty przy oknie.
Nico układał na dywanie puzzle.
Mariana przeszła obok mnie i zatrzymała się.
— Już skończyłaś?
— Został jeszcze jeden kosz prania do złożenia, ale boli mnie w krzyżu.
Zaśmiała się cicho.
— Tylko nie zamieniaj się w jedną z tych leniwych babć, które przyjeżdżają i tylko zajmują miejsce.
Herbata zadrżała mi w dłoni.
Nico podniósł wzrok.
Spojrzałam na jego puzzle i zapytałam, czy chce, żebym pomogła mu znaleźć narożny element.
Nie chciałam kłócić się przy nim.
Tamtego wieczoru trochę popłakałam w łazience pokoju gościnnego.
Nie płakałam dlatego, że musiałam myć podłogi. Przez lata robiłam to we własnym domu i nigdy nie uważałam tego za coś poniżającego.
Płakałam, bo zaproszono mnie, żebym przytuliła wnuki, a od czterech dni słyszałam wyłącznie listę obowiązków.
Przypomniałam sobie, jak Julián zwykł mawiać, że prawdziwą gościnność poznaje się po tym, że ktoś najpierw podaje ci kawę, a dopiero potem pyta, jak minęła podróż. Nigdy nie powinien pytać, jaką pracę wykonasz w zamian.
Umyłam twarz i wróciłam do pokoju.
Nie wiedziałam jeszcze, że Valentina wsunęła pod moją poduszkę rysunek.
W sobotę rano Mariana wręczyła mi rachunek.
Na kartce widniały następujące pozycje:
Pokój gościnny — 12 000 pesos.
Jedzenie i media — 9600 pesos.
Korzystanie z domu i sprzątanie — 7000 pesos.
Łącznie: 28 600 pesos.
Zapytałam, czy mówi poważnie.
— Zaprosiłam cię, żebyś spędziła czas z dziećmi, Mariano.
— A ja zapewniłam ci dach nad głową przez cały tydzień.
— Sama gotowałam.
— Korzystałaś z mojej kuchenki.