Nie mieliśmy cudownego lekarstwa, które natychmiast rozwiązałoby problem. Mogliśmy jednak uważnie monitorować pacjentów, wspierać ich oddech i krążenie, konsultować kolejne decyzje ze specjalistami oraz unikać pochopnego stosowania rozwiązań opartych na błędnym założeniu.
W pewnym momencie Cota przygotowywał standardowe leczenie, które w przypadku zwykłego urazu mogłoby być uzasadnione.
Zatrzymał się jednak, gdy przypomniał sobie o możliwości wspólnego narażenia na nieznaną substancję.
— Jeśli zareagujemy tak, jak przy typowym urazie, możemy nie uwzględnić całego obrazu — powiedziałam. — Poczekajmy na ocenę toksykologiczną i skonsultujmy dalsze postępowanie.
Cota spojrzał na dowódcę, potem na mnie.
Nie próbował mnie uciszyć. Wezwał specjalistów i poprosił o ponowną ocenę.
Jego milczenie zrobiło na mnie większe wrażenie niż wszystkie wcześniejsze przeprosiny, które mógłby wypowiedzieć. Wreszcie rozumiał, że ostrożność nie jest tym samym co brak doświadczenia.
Wkrótce laboratorium przekazało wstępne wyniki.
W pyle znajdowały się cząstki zawierające metale ciężkie, związane z przeprowadzoną detonacją. Dokładne określenie ich wpływu na organizm wymagało dalszej analizy, ale możliwość opóźnionego pogorszenia stanu po ekspozycji zaczynała tłumaczyć obserwowany przebieg zdarzeń.
Czas kontaktu z substancją mógł wyjaśniać, dlaczego objawy u pięciu mężczyzn rozwijały się w różnym tempie.
Wtedy jednak pojawił się następny problem.
Na oddziale odezwały się alarmy systemu tlenowego.
Ciśnienie w instalacji centralnej zaczęło spadać. Personel techniczny poinformował nas, że doszło do usterki i trzeba przełączyć się na dostępne rezerwy, dopóki wadliwy odcinek nie zostanie odizolowany.
Pięciu pacjentów wymagało intensywnej obserwacji, a część z nich wsparcia oddechowego.
Czas przestał być naszym sprzymierzeńcem.
Ratownik przyniósł przenośną butlę, ale gdy spojrzałam na wskaźnik i połączenie, zauważyłam niepokojące oznaki spadku ciśnienia. Zatrzymałam go, zanim sprzęt został podłączony do pacjenta.
— Proszę jej jeszcze nie używać. Wezwijmy technika i sprawdźmy regulator.
— To jedyna butla, którą mam pod ręką — odpowiedział.
— W takim razie musimy szybko znaleźć sprawny zestaw. Nie możemy ryzykować utraty dopływu w trakcie terapii.
Tomás pobiegł do magazynu po rezerwowe wyposażenie. Tymczasem stan drugiego pacjenta zaczął się pogarszać, a u czwartego pojawiły się kolejne zaburzenia rytmu.
Dowódca również oddychał coraz ciężej.
Trzy kryzysy niemal jednocześnie.
Spojrzałam na Cota.
W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nigdy tam nie było.
Nie irytację.
Nie pogardę.
Strach.
— Nie możemy być przy wszystkich naraz — powiedział.
— Możemy — odparłam. — Ale musimy działać jako zespół, a nie próbować rozwiązać wszystko w jednym miejscu.
Zaczęłam przydzielać zadania zgodnie z procedurami oddziału. Tomás miał koordynować opiekę nad drugim pacjentem, Cota zajął się czwartym, a ja pozostałam przy dowódcy. Poprosiłam o wsparcie kolejnego lekarza przy sali operacyjnej i poleciłam utrzymywać stałą łączność między zespołami. Każda zmiana stanu miała być natychmiast zgłaszana.
Nie podniosłam głosu.
Nie musiałam.
Cota powtórzył przydzielone zadania, a personel natychmiast się rozdzielił. Technik sprawdzał wyposażenie, ratownicy przygotowywali prawidłowo działające rezerwy, a przy każdym pacjencie ktoś kontrolował parametry i reagował na kolejne zmiany.
Jedenaście minut później wadliwy regulator całkowicie stracił ciśnienie.
Na szczęście nikt nie był do niego podłączony.
System centralny udało się ustabilizować po odizolowaniu uszkodzonego odcinka. Sprawdzony sprzęt rezerwowy został wykorzystany zgodnie z procedurami, a personel odzyskał możliwość bezpiecznego prowadzenia terapii.
Z czasem stan drugiego pacjenta przestał się pogarszać. Rytm serca czwartego stał się bardziej regularny. Dowódca nadal był bardzo osłabiony, lecz jego parametry przestały gwałtownie się zmieniać. Z sali operacyjnej nadeszła wiadomość, że pierwszy mężczyzna przeżył zabieg.
Nie poczułam ulgi od razu.
Przyszła powoli.
W postaci liczby, która przestała spadać. Oddechu, który przestał być tak płytki. Dłoni, która zacisnęła się na ręce kolegi, gdy pacjent odzyskał przytomność.
W końcu Cota podszedł do szklanej tablicy.
Przez chwilę patrzył na zapisane przeze mnie godziny, potem wziął marker i zmazał małą uwagę, którą ktoś wcześniej dopisał obok mojego nazwiska.
Napisał dużymi literami:
„Najpierw patrz na pacjenta. Dopiero potem oceniaj człowieka”.
Odwrócił się do mnie.
— Przydzieliłem ci pięciu ludzi dla żartu — powiedział. — Nie powinienem był tego robić. Powinienem też wysłuchać cię wcześniej.
Spojrzałam na leżących mężczyzn.
— Najważniejsze, że teraz ich pan słucha.
Nie próbowałam go upokarzać. Nie potrzebowałam, żeby publicznie uznał mnie za najlepszą pielęgniarkę na świecie. Potrzebowałam, by zrozumiał, że ocenianie człowieka na podstawie jego pozycji w szpitalnej hierarchii może być równie niebezpieczne jak ignorowanie objawów.
Tej nocy nauczyliśmy się więcej, niż ktokolwiek planował.
Ubrania zostały zabezpieczone do dalszej analizy, szpital rozpoczął przegląd instalacji tlenowej, a zespół dokładnie opisał przebieg zdarzeń. Nie mogliśmy dopuścić, by w przyszłości ktoś musiał odtwarzać tę noc wyłącznie z pamięci.
O świcie dowódca odzyskał wyraźniejszą świadomość.
Ibarra stał przy jego łóżku. Ja sprawdzałam wyposażenie, kiedy mężczyzna ponownie spojrzał w moją stronę.
— Elena Carrasco — powiedział powoli, jakby każde słowo wymagało wysiłku. — Myślałem, że nigdy więcej cię nie zobaczę.
Zatrzymałam się.
— Ja również myślałam, że tamten rozdział mojego życia już się skończył.
Jego palce poruszyły się przy medalionie.
Wiedziałam, że zastanawia się nad tym samym, co ja.