Trzy lata wcześniej Rex zachowywał się dokładnie tak samo przed eksplozją w Manzanillo. Nie szczekał bez powodu. Nie warczał, aby zwrócić na siebie uwagę. Kiedy przyjmował tę postawę, oznaczało to, że wykrył coś, czego ludzkie zmysły nie potrafiły rozpoznać.

— Bruno — powiedziałam cicho.

Pies nawet nie drgnął.

Wtedy otworzyły się drzwi.

Do środka wpadli ratownicy medyczni, za nimi policjanci i pracownicy ochrony. Jeden z ratowników pchał nosze, na których leżał mężczyzna w podartej kurtce technicznej. Miał rozcięte czoło, zakrwawioną koszulę i kajdanki zapięte na nadgarstkach. Za nim przywieziono dwie kolejne osoby ranne podczas zawalenia się części konstrukcji na parkingu wschodnim.

— Potrzebujemy natychmiast dwóch sal! — krzyknął ratownik. — Doszło do eksplozji przy wjeździe. Nie wiemy, czy konstrukcja jest stabilna!

Zespół medyczny natychmiast ruszył do pracy. Varela zaczął wydawać polecenia, a ja podeszłam do pierwszego pacjenta, aby ocenić jego stan.

Wtedy Bruno rzucił się w stronę noszy.

— Zatrzymajcie tego psa! — wrzasnął Varela.

Sanitariusz próbował chwycić smycz, ale Bruno ominął go i stanął przed rannym więźniem. Nie próbował go ugryźć. Nie dotknął go nawet nosem.

Wpatrywał się w kieszeń jego kurtki.

Warcząc, przesunął się o krok, a potem ponownie szczeknął.

— Zabierzcie go! — powtórzył Varela. — Natychmiast!

Podniosłam rękę.

— Nikt nie dotyka psa.

Mój głos zabrzmiał tak stanowczo, że nawet Varela na moment zamilkł.

Mężczyzna na noszach uniósł głowę. Jego wzrok przesunął się z Brunona na mnie. Przez sekundę wyglądał na zaskoczonego, a potem uśmiechnął się ponuro.

— On wciąż pamięta — wyszeptał. — Chociaż wszyscy uważaliście go za bezużytecznego.

Poczułam zimny dreszcz.

Podeszłam do Brunona i wykonałam krótki gest dwoma palcami.

— Bruno, ze mną.

Warczenie ucichło. Pies cofnął się, usiadł przy mojej nodze i nadal nie spuszczał wzroku z więźnia.

Na korytarzu zapadła cisza.

Varela patrzył na mnie, jakby zobaczył zupełnie inną osobę.

— Skąd pani zna ten sygnał? — zapytał.

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

Mężczyzna na noszach poruszył ustami.

— Pierwsza już zrobiła swoje. Nie patrzcie tylko tam, gdzie jest dym.

Policjant pochylił się nad nim.

— Co to znaczy?

Więzień zaśmiał się krótko. W jego oczach nie było rozbawienia.

— Jest jeszcze jeden.

Wszystko stało się jasne.

Pierwsza eksplozja nie miała zniszczyć całego szpitala. Miała odwrócić uwagę, wywołać panikę i zmusić personel do ewakuacji. Drugi ładunek miał zostać uruchomiony wtedy, gdy korytarze wypełnią się ludźmi, a pacjenci będą przemieszczani między oddziałami.

Ktoś chciał zamienić szpital w pułapkę.

— Zablokować wschodnie wyjście! — rozkazałam. — Ewakuacja przez główne wejście, z dala od parkingu. Nikt nie wraca do budynku bez zgody służb!

Varela natychmiast zaczął organizować personel. Po raz pierwszy tej nocy nie próbował mi przerywać.

Podeszłam do więźnia.

— Gdzie jest drugi ładunek?

Mężczyzna spojrzał na mnie z wyraźną niechęcią.

— Myślisz, że powiem ci wszystko?

Pochyliłam się bliżej.

— Jeśli eksplozja nastąpi, zginą pacjenci. Dzieci. Ludzie, którzy nie mają z tym nic wspólnego. Nie musisz mi pomagać. Wystarczy, że przestaniesz im przeszkadzać.

Jego uśmiech zniknął.

— Maszynownia. Za kotłami.

— Czy ktoś jeszcze tam jest?

Nie odpowiedział.

To milczenie było gorsze niż jakiekolwiek wyznanie.

Bruno zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę korytarza służbowego. Ruszyłam za nim.

— Elena! — krzyknął Varela. — Proszę wrócić!

Nie zatrzymałam się.

Za plecami słyszałam narastające głosy, alarm przeciwpożarowy i komendy ochrony. Czerwone światła zaczęły migać na ścianach. W budynku rozległ się komunikat o konieczności natychmiastowego opuszczenia zagrożonego skrzydła.

Bruno biegł przede mną, pewnie skręcając w kolejne korytarze. Dotarliśmy do drzwi maszynowni. Były uchylone.

Pies zatrzymał się nagle i szczeknął tylko raz.

Wewnątrz pachniało gorącym metalem, olejem i wilgocią. Potężne rury biegły wzdłuż ścian, a maszyny drżały, wprawiając podłogę w ledwo wyczuwalne drgania. Za jednym z kotłów dostrzegłam metalową skrzynkę, do której prowadziły przewody.

Na niewielkim ekranie świeciły czerwone cyfry.

Dwadzieścia trzy sekundy.

Przez moment nie potrafiłam się poruszyć.

Wróciłam do Manzanillo. Zobaczyłam dym, usłyszałam krzyk dowódcy i poczułam pod palcami obrożę Rexa. Serce zaczęło mi walić tak mocno, że nie słyszałam niczego poza własnym oddechem.

Bruno dotknął nosem mojego nadgarstka.

Spojrzałam na niego.

Nie był Rexem. Nie mógł cofnąć tamtej nocy ani zmienić tego, co się wydarzyło. Ale był tutaj, przy mnie, i czekał na mój następny ruch.

— Dobrze, przyjacielu — szepnęłam. — Zróbmy to razem.

Nie mogłam ryzykować samodzielnego rozbrajania nieznanego urządzenia. Sięgnęłam po radio.

— Tu Elena Ríos, maszynownia wschodniego skrzydła. Mamy podejrzany ładunek. Potrzebuję natychmiast zespołu pirotechnicznego!

W odpowiedzi usłyszałam trzaski i głos dyspozytora.

— Zespół jest w drodze. Proszę nie dotykać urządzenia i oddalić się na bezpieczną odległość.

Spojrzałam na ekran.

Siedemnaście sekund.

— Nie zdążą — wyszeptałam.

Wiedziałam, że nie mogę opierać się na samych wspomnieniach. Nie znałam konstrukcji urządzenia, a widoczny przewód mógł być celową pułapką. Każdy ruch wymagał pewności, której nie miałam.

Bruno obwąchał okolice metalowej skrzynki, po czym gwałtownie cofnął się i stanął bokiem. Nie próbował podchodzić bliżej.

To nie był zwyczajny odruch.