W kuchni zapadła cisza tak głęboka, że słychać było ciche tykanie zegara nad drzwiami.
Mauricio przywykł do tego, że ludzie odpowiadali na jego pytania. Nie dlatego, że zawsze miał rację, ale dlatego, że przez całe życie otaczali go ludzie, którzy bali się sprzeciwić.
Jednak teraz zobaczył w oczach Veróniki coś, czego nie potrafił zignorować.
Nie była to zwykła niechęć.
To był strach.
I nie chodziło o utratę pracy.
— Przepraszam — powiedział niespodziewanie.
Verónica spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Mauricio odetchnął powoli.
— Jak miał na imię jej ojciec?
Kobieta przez chwilę milczała.
— Andrés Cervantes.
Nazwisko matki. To samo, którego jego brat używał czasami, kiedy chciał odciąć się od wpływów rodziny Salazarów.
Mauricio poczuł, że podłoga usuwa mu się spod nóg.
— Czy mieszkał w Morelii?
Verónica przestała oddychać na sekundę.
— Skąd pan wie?
— Pracował w logistyce?
Kobieta cofnęła się o krok.
— Nie rozumiem, dlaczego pan o to pyta.
— Miał bliznę na brodzie?
Tym razem Verónica nie zdołała ukryć reakcji. Zamknęła oczy, jakby ktoś właśnie uderzył ją w pierś.
— Spadł z roweru, kiedy był dzieckiem — wyszeptał Mauricio. — Pamiętam, jak ojciec kazał mu przestać płakać.
Verónica oparła się o stół.
Camila natychmiast podbiegła do niej.
— Mamo, źle się czujesz?
— Nie, kochanie. Po prostu muszę usiąść.
Mauricio chciał podejść bliżej, ale kobieta uniosła rękę.
— Proszę się nie zbliżać.
Zatrzymał się natychmiast.
— Andrés był moim młodszym bratem — powiedział cicho.
Verónica zamknęła oczy. Przez moment wyglądała tak, jakby od sześciu lat czekała na te słowa, a jednocześnie bała się ich bardziej niż czegokolwiek na świecie.
— W takim razie — odpowiedziała — powinien pan wiedzieć, że nie żyje.
Mauricio skinął głową.
— Zginął sześć lat temu. W wypadku samochodowym.
— Nie — powiedziała Verónica, a jej głos nagle stał się twardy. — Został mi odebrany sześć lat temu. To nie jest to samo.
Zanim Mauricio zdążył odpowiedzieć, kobieta chwyciła córkę za rękę i wyszła z kuchni.
Camila obejrzała się jeszcze przez ramię.
— Do widzenia, panie z brwią.
Drzwi zamknęły się za nimi.
Mauricio pozostał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą stała dziewczynka.
Po raz pierwszy od wielu lat nie wiedział, co powinien zrobić.
Tego wieczoru Mauricio zamknął się w swoim gabinecie i poprosił, żeby nikt mu nie przeszkadzał.
Na biurku ustawił trzy fotografie: swoją, Andrésa i ich młodszej siostry Sofíi. Obok położył stary zegarek kieszonkowy, który Ernesto podarował mu po śmierci brata. Zegarek miał srebrną kopertę i pasek naprawiany ręcznie. Ojciec powiedział wtedy, że znaleziono go w samochodzie Andrésa.
Mauricio nigdy nie zapytał, dlaczego zegarek wyglądał tak, jakby ktoś próbował go naprawić w pośpiechu.
Teraz patrzył na niego i przypominał sobie dziewczynkę o oczach brata.
Sięgnął po telefon.
— Sofía? Musisz przyjechać.
— Jest prawie północ. Co się stało?
— Znalazłem córkę Andrésa.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co powiedziałeś?
— Ma sześć lat. Nazywa się Camila. Jej matka pracuje u nas.
Sofía zaczęła płakać, zanim zdążył skończyć.
— Andrés miał córkę?
— Tak.
— Czy on o niej wiedział?
Mauricio zamknął oczy.
— Tego jeszcze nie wiem.
— Jak możesz tego nie wiedzieć? Przecież byłeś jego bratem!
Te słowa zabolały bardziej niż krzyk.
— Wiem.
— Nie, Mauricio. Nie wiesz. Przez sześć lat opowiadałeś mi, że Andrés odszedł od nas, że wybrał własne życie, że nie chciał mieć z nami nic wspólnego. A teraz mówisz mi, że zostawił po sobie dziecko, o którym nikt z nas nie wiedział?
Mauricio nie próbował się bronić.
— Przyjedź jutro — powiedział. — Musimy porozmawiać.
Po zakończeniu rozmowy otworzył dolną szufladę biurka i wyjął teczkę z dokumentami dotyczącymi wypadku. Przeglądał raporty, fotografie rozbitego samochodu i krótkie podsumowanie medyczne. Wszystko wyglądało na uporządkowane, wręcz podejrzanie uporządkowane.
Jedna informacja przykuła jego uwagę.
Andrés nie zmarł na miejscu.
Został przewieziony do szpitala i przez kilka dni pozostawał przy życiu.
Mauricio przeczytał ten fragment trzy razy.
Przez sześć lat wierzył, że jego brat zginął niemal natychmiast. Ernesto powiedział rodzinie, że nie było szans na pożegnanie. Pogrzeb zorganizowano szybko, a dokumenty przekazano prawnikom ojca.
Dlaczego więc nikt nie wspomniał, że Andrés żył jeszcze przez cztery dni?
Mauricio zadzwonił do Ramira Valdeza, swojego wieloletniego współpracownika.
— Potrzebuję wszystkich dokumentów dotyczących wypadku Andrésa. Nie tylko tych z archiwum firmy. Wszystkich.
— O tej porze?
— Natychmiast.
— Czy coś się stało?
Mauricio spojrzał na fotografię brata.
— Przez sześć lat myślałem, że wiem, co się stało. Teraz nie jestem już tego pewien.
Następnego dnia Verónica zgodziła się spotkać z Mauriciem i Sofíą w niewielkiej kawiarni w pobliżu targu Santa Tere. Nie chciała wracać do rezydencji ani rozmawiać w miejscu, w którym Mauricio mógłby poczuć się jak gospodarz.
Przyszła z prawniczką Patricią Mediną i grubą kopertą.
Sofía wstała, kiedy ją zobaczyła.
— Nazywam się Sofía Salazar — powiedziała. — Byłam siostrą Andrésa.
Verónica nie podała jej ręki.