Przeciwnie — mogło stać się początkiem odbudowy jego gospodarstwa.
Kolejne dni były wypełnione ciężką pracą.
Naprawiono zagrody. Uregulowano zaległe pensje. Każde odzyskane zwierzę zostało dokładnie sprawdzone i zapisane w rejestrze.
Stary notes Eliána przestał być przedmiotem podejrzeń.
Teraz leżał na głównym biurku hacjendy, otwarty dla wszystkich, którzy chcieli sprawdzić, jak prowadzona jest ewidencja koni i jak wygląda opieka nad nimi.
Inés zajęła się dokumentami i zaczęła uczyć się negocjacji z kupcami. Szybko odkryła, że potrafi prowadzić rozmowy równie skutecznie jak jej ojciec, ale bez potrzeby zastraszania innych.
Doña Remedios ponownie zaczęła śmiać się w kuchni.
Nawet Relámpag, który przez długi czas nie pozwalał zbliżać się do siebie niemal nikomu poza Eliánem, zaczął akceptować młodą uczennicę.
Elián uczył ją, by nigdy nie podnosiła głosu na przestraszonego konia i nie próbowała zmuszać zwierzęcia do posłuszeństwa siłą.
— Koń nie musi się ciebie bać, żeby ci zaufać — tłumaczył. — Musi wiedzieć, że nie zrobisz mu krzywdy.
Dziewczyna słuchała uważnie, a Relámpag powoli opuszczał łeb, pozwalając jej spokojnie dotknąć swojej grzywy.
Mijały tygodnie.
Los Colorines stopniowo odzyskiwało dobrą opinię. Kupcy wracali, gdy przekonali się, że gospodarstwo dotrzymuje umów, a każde zwierzę jest odpowiednio przygotowane.
Po trzech miesiącach odbyła się pierwsza duża sprzedaż.
Tego wieczoru don Aurelio odnalazł Eliána przy tej samej zagrodzie, przy której niegdyś go obraził.
Przez chwilę stał obok niego w milczeniu.
— Oddałeś mi coś więcej niż moje konie — powiedział wreszcie. — Pomogłeś mi nauczyć się patrzeć na ludzi.
Elián spojrzał na niego.
— Nie dokonałem tego sam. Inés nigdy nie przestała bronić tego, co słuszne.
Stary właściciel skinął głową.
— Chciałbym cię o coś poprosić. Ale tym razem to nie będzie rozkaz.
Elián odwrócił się w jego stronę.
— Słucham.
— Jeżeli oboje tego chcecie, chciałbym zorganizować wasz ślub tutaj, w Los Colorines.
Elián spojrzał w stronę domu. Właśnie wychodziła z niego Inés z naręczem świeżo ściętych kwiatów.
Uśmiechnął się.
— O to będzie musiał pan zapytać ją.
Aurelio wybuchnął śmiechem. Był to jeden z pierwszych szczerych śmiechów, jakie rozbrzmiały na hacjendzie od bardzo dawna.
Inés podeszła do nich, a kiedy ojciec przedstawił jej propozycję, ujęła dłoń Eliána.
— Tak, chcę za ciebie wyjść — powiedziała. — Ale nie dlatego, że tata wreszcie mi pozwala. Chcę to zrobić, ponieważ sama ciebie wybieram.
Elián przycisnął jej dłoń do swoich ust.
W jego oczach pojawiły się łzy.
Tyle miesięcy walczyli o to, co powinno być oczywiste: że miłość nie jest długiem, którego ktoś może zażądać w zamian za swoje pieniądze, i że żadne nazwisko nie daje prawa do decydowania o cudzym sercu.
Teraz mogli wreszcie przestać walczyć i zacząć żyć.
Kilka tygodni później dzwony niewielkiej kaplicy na terenie hacjendy oznajmiły początek ceremonii.
Nie było przesadnego przepychu ani kosztownych dekoracji.
Była muzyka, jedzenie przygotowane wspólnie przez pracowników, kwiaty z okolicznych łąk i długie stoły, przy których właściciele ziemscy siedzieli obok parobków.
Nikt nie musiał stać z boku tylko dlatego, że nie miał odpowiedniego nazwiska lub pieniędzy.
Doña Ofelia została świadkiem na ślubie. Doña Remedios płakała ze szczęścia, a Nicasio żartował, że jeszcze nigdy nie widział tylu uśmiechniętych ludzi w jednym miejscu.
Don Aurelio poprowadził córkę do ołtarza.
Zanim jednak wypuścił jej rękę, pochylił się i wyszeptał:
— Nigdy nie pozwól nikomu wmówić sobie, że twoje serce jest mniej warte niż nazwisko.
Inés uśmiechnęła się przez łzy.
— Nie pozwolę, tato.
Gdy Elián założył jej obrączkę, trzymała go za rękę z taką pewnością, jakby chciała przypomnieć całemu światu, że to ona wybrała tę drogę.
Po ceremonii wszyscy świętowali aż do późnego popołudnia.
Kiedy słońce zaczęło zachodzić, nowożeńcy wymknęli się na chwilę do stajni.
Relámpag podszedł do nich spokojnie. Elián pogładził go po szyi, a Inés oparła głowę na ramieniu męża.
— Pamiętasz, kiedy powiedziałeś mi, że nie chcesz już niczego ukrywać? — zapytała.
— Pamiętam.
— Teraz już nigdy nie będziemy musieli się ukrywać.
Elián pocałował ją w czoło.
Za ich plecami mieniły się światła świętującej hacjendy. Słychać było muzykę i śmiech ludzi, którzy jeszcze niedawno bali się własnego pana.
Don Aurelio obserwował młodych z daleka.
Powoli zaczynał rozumieć coś, czego przez całe życie nie potrafił pojąć.
Hacjenda nie opiera się wyłącznie na ziemi, koniach i pieniądzach.
Opiera się na zaufaniu.
Na uczciwej pracy.
Na szacunku, którego nie można kupić ani wymusić.
Przez lata uważał, że władza oznacza prawo do wydawania rozkazów, a bogactwo daje mu prawo do oceniania innych. Przez własną dumę niemal stracił majątek, skrzywdził córkę i wypędził człowieka, który ostatecznie pomógł mu uratować gospodarstwo.
Tiburcio wykorzystał jego uprzedzenia, ale to Aurelio sam pozwolił, by nimi kierowano.
Najtrudniejszym zadaniem nie okazało się więc odzyskanie koni ani naprawa płotów.
Najtrudniejsze było przyznanie, że się mylił.
I właśnie w dniu, w którym nauczył się prosić o przebaczenie, Los Colorines zaczęło naprawdę wracać do życia.
Bo prawdziwym bogactwem nie jest to, ile ziemi człowiek posiada, ilu ludzi mu podlega ani jak wielkie sumy widnieją na jego rachunkach.