Spojrzałam na niego z gniewem, który narastał we mnie przez lata.
— Wiedział pan, kim był mój ojciec. Wiedział pan, że jego śmierć nie była wypadkiem. Dlaczego nigdy mnie pan nie odnalazł?
Arriaga nie próbował się bronić.
— Bałem się.
To wyznanie zaskoczyło mnie bardziej niż wszystko, co powiedział wcześniej.
— Pan? Bał się pan?
— Tak. Bałem się, że jeśli się do ciebie zbliżę, Cárdenas dowie się, że nadal próbuję odkryć prawdę. Bałem się, że skrzywdzi ciebie albo twoją matkę. I bałem się, że nie będę potrafił spojrzeć ci w oczy, bo twój ojciec umarł, żebym ja mógł żyć.
W jego głosie nie było już autorytetu dowódcy.
Była tylko wina.
Nie potrafiłam mu wybaczyć. Nie wtedy. Ale po raz pierwszy zobaczyłam w nim człowieka, a nie tylko mundur.
— Nie przyszłam tutaj, żeby pomścić ojca — powiedziałam. — Przyszłam wykonywać swoją pracę.
— Wiem.
— Jeśli chce pan naprawdę oddać mu sprawiedliwość, proszę przestać ukrywać prawdę.
Arriaga spojrzał na mnie i powoli skinął głową.
W tej samej chwili rozległ się alarm.
Światło w namiocie zamigotało, a z zewnątrz dobiegł huk eksplozji. Mapa na stole zsunęła się na podłogę. Radio zaczęło emitować serię urywanych komunikatów.
— Co się dzieje? — krzyknęłam.
Arriaga natychmiast chwycił radio.
— Centrum dowodzenia, zgłoście sytuację!
Przez chwilę nie było odpowiedzi.
Potem odezwał się zdyszany głos oficera ochrony.
— Mamy naruszenie zachodniego ogrodzenia! Powtarzam, naruszenie zachodniego ogrodzenia! Nieznani napastnicy przemieszczają się w kierunku centrum medycznego i archiwum!
Arriaga spojrzał na mnie.
— Reed.
Wybiegliśmy z namiotu. Baza pogrążyła się w chaosie. Żołnierze zajmowali stanowiska, personel medyczny wyprowadzał rannych z zagrożonej strefy, a technicy próbowali przywrócić łączność.
W pobliżu centrum medycznego spotkaliśmy Moralesa.
— Komandorze! — zawołał. — Napastnicy wiedzą, gdzie trzymamy dokumentację operacji. Ktoś podał im plan bazy.
— A Reed?
— Jest pod opieką lekarzy. Odzyskał przytomność i żąda rozmowy z wami.
Arriaga nie wahał się ani chwili.
— Prowadź.
W sali medycznej zastaliśmy Daniela Reeda z opatrunkiem na czole. Młoda lekarka, porucznik Sofia Bennett, próbowała przekonać go, by pozostał w łóżku.
— Jeśli wstaniesz, otworzy ci się rana — ostrzegła.
— Jeśli nie powiem im tego teraz, może nie być już komu tego powiedzieć — odpowiedział.
Kiedy zobaczył Arriagę, chwycił go za rękaw.
— Cárdenas jest tutaj.
Komandor znieruchomiał.
— Co powiedziałeś?
— To nie był zwykły atak na kompleks. Darío pracował dla prywatnej firmy ochroniarskiej kontrolowanej przez Cárdenasa. Zorganizowali moje porwanie, bo miałem kopie dokumentów dotyczących nielegalnego handlu bronią.
Reed spojrzał na mnie.
— Wśród nich były też dokumenty dotyczące starej operacji w Afryce. Raporty, zapisy łączności i oryginalne rozkazy ewakuacyjne. Cárdenas dowiedział się, że zamierzam przekazać je niezależnej komisji.
— Gdzie są te dokumenty? — zapytałam.
— W archiwum bazy. Wczoraj przekazałem je zespołowi analitycznemu. Cárdenas musi je zniszczyć, zanim ktokolwiek zdąży je zbadać.
Kolejna eksplozja zatrzęsła budynkiem.
Sofia Bennett pobladła.
— Jeśli chcą dostać się do archiwum, muszą przejść przez korytarz obok sal operacyjnych. Są tam jeszcze pacjenci.
Arriaga wydał krótkie polecenia przez radio. Następnie spojrzał na mnie.
— Musimy zabezpieczyć archiwum i wyprowadzić personel.
— Zgadzam się.
— Tym razem działamy według jednego planu.
— Tym razem nie ma między nami tajemnic — odpowiedziałam.
Przez ułamek sekundy patrzył na mnie z czymś przypominającym wdzięczność.
Potem ruszyliśmy.
W korytarzach panował półmrok. Awaryjne oświetlenie rzucało czerwone refleksy na ściany, a alarm zagłuszał rozmowy. Morales prowadził grupę zabezpieczającą, podczas gdy Sofia wraz z personelem medycznym wyprowadzała pacjentów do osłoniętej części budynku.
Przy wejściu do archiwum znaleźliśmy otwarte drzwi.
Arriaga uniósł dłoń, zatrzymując nas przed wejściem.
W środku stał mężczyzna w ciemnym mundurze bez oznaczeń. Miał siwe włosy, szczupłą twarz i spokojne oczy. Obok niego znajdowało się dwóch uzbrojonych ochroniarzy.
Rozpoznałam go ze zdjęć, które przez lata przewijały się w tajnych dokumentach, do których próbowałam uzyskać dostęp.
Esteban Cárdenas.
Mężczyzna, który zniszczył reputację mojego ojca, a potem pozwolił, by jego nazwisko zniknęło pod warstwą kłamstw.
Przy konsoli leżały rozłożone dokumenty. Cárdenas trzymał w dłoni niewielkie urządzenie, a na ekranie komputera widniał komunikat o kopiowaniu danych.
— Odłóż urządzenie i odsuń się od konsoli — polecił Arriaga.
Cárdenas odwrócił się powoli.
Kiedy zobaczył komandora, uśmiechnął się z pobłażaniem.
— Tomás. Powinienem był wiedzieć, że prędzej czy później znów zaczniesz sprawiać problemy.
— To koniec, Estebanie.
— Tak samo mówiłeś osiem lat temu, kiedy próbowałeś podważyć raport. Pamiętasz, co się wtedy stało?
Arriaga nie odpowiedział.
Cárdenas przeniósł wzrok na mnie.
Najpierw spojrzał na moje nazwisko na naszywce. Potem na tatuaż widoczny przy kołnierzu munduru.
Jego uśmiech zniknął.
— Salgado — powiedział cicho. — Córka Gabriela.
Poczułam, jak krew uderza mi do głowy.
— Znał pan mojego ojca.
— Znałem wielu ludzi, którzy nie potrafili zrozumieć, że rozkazy istnieją po to, by chronić większy interes.
— Mój ojciec zginął, ponieważ chciał ratować ludzi, których pan porzucił.
Cárdenas westchnął, jakby rozmowa go nudziła.