CZĘŚĆ 1
Kira Marquez nie musiała powtarzać mojego nazwiska, żeby wszyscy na pokładzie zrozumieli, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się już cofnąć.
Zatrzymała się kilka kroków ode mnie, opuściła megafon i otworzyła wodoodporną teczkę, którą trzymała pod pachą.
— Pani prezes, dokumenty dotyczące egzekucji zabezpieczeń są gotowe do podpisu.
Eleanor spojrzała na nią, jakby usłyszała zdanie w zupełnie obcym języku.
Charles zrozumiał znacznie szybciej.
Jego cygaro znieruchomiało między palcami. Najpierw spojrzał na teczkę, potem na mój telefon, a na końcu na motorówkę zacumowaną obok jachtu.
Julian zdjął okulary przeciwsłoneczne.
Osiem miesięcy.
Tyle czasu minęło, odkąd ostatni raz patrzył mi prosto w oczy, bez ciemnych szkieł, za którymi tak często ukrywał swoje prawdziwe emocje.
— Sienna… Co to ma znaczyć? — zapytał.
Nie odpowiedziałam od razu.
Na ramieniu wciąż miałam czerwony ślad po uderzeniu Eleanor. Prawa dłoń bolała mnie od kurczowego trzymania się relingu, kiedy przed chwilą omal nie wpadłam do wody.
Kira zauważyła oba ślady.
Jej twarz na moment stężała, ale nie zadawała pytań.
Wiedziała, dlaczego tu jest. Doskonale znała też granice swoich obowiązków.
Nie przypłynęła, żeby mnie ratować.
Przypłynęła, ponieważ nacisnęłam przycisk alarmowy i uruchomiłam procedurę, którą przygotowywałyśmy od wielu godzin.
— To tylko przedstawienie! — odezwał się Charles, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
Odzyskał nieco pewności siebie i wskazał cygarem na Kirę.
— Nie wiem, kto zapłacił pani za tę wizytę, ale zapewniam, że szybko pożałuje.
Kira spokojnie zamknęła teczkę.
— Panie Richardson, nie przyjechałam tu po to, żeby się z panem kłócić.
Charles parsknął śmiechem.
— Wspaniale. W takim razie proszę zejść z mojego jachtu.
— Wynajętego — poprawiłam go.
To jedno słowo uderzyło go mocniej niż wszystko, co powiedziałam wcześniej.
Otarłam dłonią resztki martini spływające po moim kolanie.
— I to wynajętego na podstawie zobowiązań, których pańska rodzina nie spłaca już od trzech miesięcy.
Eleanor otworzyła usta.
— Nie możesz tego wiedzieć!
— Mogę. I wiem znacznie więcej.
— Bo parzysz kawę komuś w banku? — rzuciła pogardliwie.
Jedna z jej przyjaciółek opuściła kieliszek.
Tym razem nikt się nie roześmiał.
Kira podała mi tabletę w ciemnym, ochronnym etui.
Na ekranie widniała autoryzacja, którą zatwierdziłam o 15:27.
To nie była groźba wymyślona pod wpływem emocji. Nie była to zemsta, która przyszła mi do głowy po tym, jak Eleanor oblała mnie drinkiem i popchnęła w stronę relingu.
Transakcja została sfinalizowana już o 9:14 rano.
Kilka godzin przed tym, jak Eleanor postanowiła urządzić przed swoimi gośćmi pokaz tego, jak bardzo gardzi kobietą spotykającą się z jej synem.
Właściwie jedyne, co zmieniło się po jej ataku, to moja decyzja, by przestać dawać im kolejne szanse.
Charles wreszcie pojął, co się dzieje.
— Kupiłaś nasz dług?
W jego głosie nie było już ani odrobiny drwiny.
— Kupiła go moja firma. Ja zatwierdziłam transakcję.
Julian zrobił krok w moją stronę.
— Twoja firma? O czym ty mówisz?
Spojrzałam na niego.
Ze wszystkich pytań, które mógł mi zadać, wybrał właśnie to.
Nie zapytał, czy boli mnie ramię.
Nie zapytał, czy naprawdę omal nie wpadłam do wody.
Nie zapytał nawet, dlaczego jego matka mnie zaatakowała.
Zapytał o firmę.
O pieniądze.
— Vantage Capital — odpowiedziałam.
Julian zamrugał.
Znał tę nazwę. Oczywiście, że znał.
Przez wiele miesięcy opowiadał mi o Vantage, jakby chodziło o jakąś odległą instytucję, istniejącą wyłącznie na stronach gazet finansowych. Fundusz inwestycyjny, który przejmował zadłużone aktywa, restrukturyzował firmy i — jak sam kiedyś powiedział — był zarządzany przez ludzi, którzy „nie mają pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie”.
Pamiętam, jak pewnego dnia, kiedy czyściłam ekspres do kawy w Rowan Street Coffee, przez piętnaście minut tłumaczył mi zasady wykupu lewarowanego.
Słuchałam go, nie poprawiając ani jednego błędu.
Nie dlatego, że chciałam zastawić na niego pułapkę.
Po prostu nigdy nie zapytał, czym naprawdę zajmuję się poza pracą za barem.
Pytał, ile zarabia baristka.
Pytał, czy mam elastyczny grafik.
Pytał, czy nie chciałabym w końcu zająć się „czymś poważniejszym”.
Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby zapytać, kto finansuje działalność lokalu, w którym tak chętnie spędzał czas.
— Nie… To niemożliwe — wyszeptał.
Charles odwrócił się do syna.
— Wiedziałeś o tym?
Julian milczał.
I to milczenie powiedziało więcej niż jakakolwiek odpowiedź.
— Oczywiście, że nie wiedział! — wtrąciła Eleanor. — Gdybym wiedziała, nigdy nie pozwoliłabym, żeby…
Urwała.
Dokończyłam za nią:
— Żebyście mnie tak traktowali?
Eleanor zacisnęła szczęki.
— Nie przekręcaj moich słów.
— Jeszcze kilka minut temu mówiłaś, że obsługa powinna trzymać się pod pokładem.
— To był żart!
— A potem mnie popchnęłaś.
— Straciłam równowagę!
— Nie. To ja straciłam równowagę. Po twoim uderzeniu.
Charles natychmiast wkroczył do rozmowy.
— Wystarczy! Ta sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Wtedy po raz kolejny zobaczyłam, jak działała ta rodzina.
Eleanor atakowała.
Charles zamieniał każdy atak w niewinne nieporozumienie.
Julian czekał, aż wszyscy przestaną o tym mówić.
A potem wracali do kolacji, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Przez ostatnie miesiące obserwowałam ten mechanizm w najróżniejszych sytuacjach.