Zrobił to bez słowa. Wyglądał na zaskoczonego, że nie zamierzam prowadzić długiej rozmowy o jego zachowaniu.
Zaczął zadawać pytania o suknię. Pokazałam mu wewnętrzne wzmocnienia, które musiałam wszyć, i koraliki, które usunęłam, aby ciężar ozdób nie rozciągał starego jedwabiu.
Nie próbowałam robić na nim wrażenia. Miałam klientów czekających na odbiór ubrań, trzy zestawienia księgowe do przygotowania i psa, który właśnie zaczął chrapać pod stołem.
Podczas kolejnej wizyty Rodrigo przyniósł dokument rodzinny z 1947 roku. Chciał go odnowić i zapytał, czy mogłabym się tym zająć.
Obejrzałam papier.
— Nie jestem konserwatorką dokumentów. Mogę polecić panu specjalistę, ale przed zapłaceniem za jakąkolwiek usługę warto poprosić o konsultację.
Spojrzał na mnie uważnie.
— Nie dostaje pani prowizji za polecenie?
— Nie.
— Mogłaby pani przecież przyjąć zlecenie.
— Mogłabym też uszkodzić dokument, którego nie potrafię profesjonalnie odnowić. Wolę powiedzieć, czego nie umiem zrobić.
Przez chwilę milczał.
— Nieczęsto spotykam ludzi, którzy tak mówią.
— Może powinien pan częściej odwiedzać małe zakłady usługowe.
Uśmiechnął się.
Kiedy Dolores przyszła na przymiarkę gotowej sukni, długo stała przed lustrem. Nie płakała dlatego, że wyglądała młodziej. Nie próbowała też oceniać, czy suknia wyszczupla ją w talii.
Po prostu rozpoznała w niej siebie sprzed wielu lat.
Dotknęła haftu przy dekolcie i zamknęła oczy.
— Mój mąż powiedział kiedyś, że ta suknia jest piękna, bo noszę ją ja — wyszeptała.
Uśmiechnęłam się.
— Myślę, że miał rację.
Dolores odwróciła się do mnie z oczami pełnymi łez.
— Dziękuję, Natalio.
Podałam jej rachunek na wcześniej ustaloną kwotę. Rodrigo sięgnął po portfel.
— Chciałbym dopłacić. Wykonała pani znakomitą pracę.
— Cena się nie zmieniła.
— Mogę zapłacić więcej.
— Moją klientką jest pańska matka. Nie zmieniłam ceny tylko dlatego, że pan wszedł do warsztatu.
Dolores wyjęła pieniądze i zapłaciła dokładnie tyle, ile ustaliłyśmy. Potem przytuliła mnie mocno.
Przy drzwiach Rodrigo zatrzymał się i zaprosił mnie na kolację.
— Chciałbym pani podziękować.
— Nie ma potrzeby.
— To nie musi być nic formalnego. Po prostu kolacja.
— Nie.
Uniósł brwi.
— Mogę zapytać dlaczego?
— Ponieważ jest pan zaręczony.
Zobaczyłam ogłoszenie o ślubie kilka dni wcześniej, kiedy szukałam numeru telefonu do jego sekretarki. Nie mogłam udawać, że o tym nie wiem.
Rodrigo odchrząknął.
— Kolacja nie musi niczego oznaczać.
— Dla mnie oznacza, że powinien pan zaprosić swoją narzeczoną.
Nie odpowiedział.
Zamknęłam drzwi, kiedy wyszli. Retazo podszedł i oparł pysk o mój but, a ja zaczęłam zbierać rozsypane nici.
Nie cieszyłam się, że odmówiłam Rodrigo. Nie chciałam też udawać, że jego zainteresowanie było mi całkowicie obojętne. Po prostu po raz pierwszy od dawna wybrałam własny spokój zamiast czyjejś uwagi.
Trzy dni przed ślubem do warsztatu weszła elegancka kobieta z pierścionkiem, który błyszczał w świetle lamp.
Przedstawiła się jako Fernanda Varela.
Była narzeczoną Rodriga.
Położyła na ladzie grubą teczkę i uśmiechnęła się w sposób, który od razu wzbudził moją czujność.
— Rodrigo dużo o pani mówi.
Nie odpowiedziałam.
Otworzyła teczkę. W środku znajdował się projekt sukni ślubnej.
— Potrzebuję takiej na ślub — powiedziała. — Chciałabym wiedzieć, ile pani za nią policzy.
Przejrzałam szkice. Kreacja była skomplikowana, z długim trenem i ręcznie wyszywanymi zdobieniami.
— Kiedy jest ślub?
— Za trzy dni.
Odłożyłam rysunek.
— Nie uszyję takiej sukni w trzy dni. Nie mogę zagwarantować pani porządnej pracy w tak krótkim czasie.
— Pieniądze nie są problemem.
— Czas jest.
Fernanda skrzyżowała ręce.
— Zapłaciłabym każdą kwotę, jakiej pani zażąda.
— A ja nadal miałabym tylko trzy dni.
Przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu. Potem pochyliła się nad ladą.
— Rodrigo pokazał mi pani zdjęcie w swoim telefonie.
Zamarłam.
— Nigdy nie pozwalałam mu robić sobie zdjęć.
— Właśnie dlatego chciałam się przekonać, czy jest pani tak szczera, jak mówi.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Jeśli ma pani jakieś pytania, może pani je zadać bez wymyślania zamówienia.
Fernanda zamknęła teczkę.
— Czy Rodrigo często tu przychodzi?
— Przychodził w sprawie sukni swojej matki.
— A kiedy zaprosił panią na kolację?
— Odmówiłam.
— Dlaczego?
— Ponieważ jest pani jego narzeczoną.
Zapadła cisza.
Fernanda spuściła wzrok. Przez moment wyglądała mniej jak kobieta przyzwyczajona do kontrolowania sytuacji, a bardziej jak ktoś, kto właśnie usłyszał odpowiedź, której się obawiał.
— Mówi, że niczego od nikogo pani nie potrzebuje — powiedziała.
Spojrzałam na kalkulator, zeszyt z długami i Retazo, który właśnie zaczynał się budzić.
— Potrzebuję wielu rzeczy — odpowiedziałam. — Pieniędzy, odpoczynku, klientów, czasem nawet pomocy. Ale to nie znaczy, że muszę akceptować każdy sposób, w jaki ktoś chce mi je dać.
Fernanda nie odpowiedziała. Wstała, zabrała teczkę i wyszła bez pożegnania.
Ślub odbył się w pięknej hacjendzie w stanie Morelos. Nie zostałam zaproszona.
Następnego dnia zobaczyłam zdjęcia w internecie. Rodrigo stał obok Fernandy, a wokół nich znajdowały się stoły pełne kwiatów, elegancko ubrani goście i dekoracje wyglądające jak z magazynu.
Na jednym ze zdjęć Doña Dolores miała na sobie odnowioną suknię w kolorze kości słoniowej.