Nie czekałam, aż Karla wróci do budynku. Przeszłam przez ulicę i weszłam do Centrum Puentes z sercem bijącym tak mocno, jakby za chwilę miało wyrwać mi się z piersi.
Przy recepcji siedziała kobieta porządkująca formularze zgłoszeniowe.
— Przepraszam, czy Andrés Robles współpracuje z tym ośrodkiem? — zapytałam.
— Oczywiście. Pomaga nam przy komputerach i formalnościach. Zaczął w poniedziałek. — Kobieta podniosła wzrok. — Jest pani jego żoną?
Skinęłam głową, nie potrafiąc nawet zdobyć się na uśmiech.
— A Karla Mendoza?
— Jest uczestniczką programu powrotu na rynek pracy. Przyjechała z Saltillo kilka dni temu. Niestety, nie mogę udzielać informacji na temat jej sytuacji bez jej zgody.
Podziękowałam i wyszłam.
Przez chwilę miałam ochotę obwinić Karlę za to, że nie powiedziała mi prawdy. Ale przecież ona nie była osobą, która przysięgała mi miłość i uczciwość. Nie była też odpowiedzialna za moje małżeństwo.
W samochodzie zadzwoniłam do siostry. Nie odebrała. Po kilku minutach dostałam wiadomość:
„Wszystko dobrze, Pau? Zadzwonię wieczorem, jak skończę pracę”.
Karla również udawała, że ma pracę.
Pojechałam do drukarni. Potrzebowałam zająć czymś ręce i myśli. Otworzyłam komputer, zalogowałam się na nasze wspólne konto oszczędnościowe i zaczęłam przeglądać historię transakcji.
Wtedy zobaczyłam przelew na 95 tysięcy pesos.
Pieniądze zostały wysłane cztery dni wcześniej na numer konta, którego nie rozpoznawałam. W tytule przelewu widniało: „Pożyczka rodzinna”.
Andrés mógł wykonać tę operację, ponieważ oboje mieliśmy prawo do dysponowania wspólnymi oszczędnościami. Nigdy nie ustaliliśmy limitu, powyżej którego każde z nas musiałoby uzyskać zgodę drugiego. Po tylu latach małżeństwa wydawało nam się to zbędne.
Teraz jedna seria kłamstw miała już konkretną cenę.
Wydrukowałam potwierdzenie i schowałam je do torebki, obok opakowania z lekarstwami, które wcześniej zaniosłam Andrésowi.
Wrócił do domu około siódmej wieczorem. Przyniósł pudełko z empanadami i zapytał, dlaczego nie podgrzałam kolacji.
— Skąd wracasz? — zapytałam.
— Z biura. Mieliśmy trudne zamknięcie miesiąca.
Położyłam przed nim wydruk z banku.
— Czy to zamknięcie kosztowało nas dziewięćdziesiąt pięć tysięcy pesos?
Przestał otwierać pudełko.
— Paula, mogę ci wszystko wyjaśnić.
— Zacznij od tego, dlaczego twoja recepcjonistka twierdzi, że od siedmiu dni jesteś na urlopie.
Usiadł, nie zdejmując kurtki.
— Byłaś tam?
— Zaniosłam ci leki. A dzisiaj pojechałam za tobą do Guadalupe. Widziałam Karlę.
Przetarł twarz obiema dłońmi.
— Poprosiła mnie o kilka dni, żeby uporządkować swoje sprawy, zanim ci powie.
— Jakie sprawy?
— Straciła pracę. Zalega z czynszem i musiała oddać mieszkanie w Saltillo. Przyjechała tutaj, żeby znaleźć zatrudnienie.
Oparłam się o blat kuchenny.
— Dlaczego do mnie nie zadzwoniła?
— Powiedziała, że zawsze próbujesz wszystko za nią rozwiązywać. Wstydziła się przyjść do ciebie z pustymi rękami.
— Jest moją siostrą. Nie jestem bankiem ani urzędem, przed którym musi ukrywać swoje problemy.
Andrés spuścił wzrok.
— Wiem. Powinienem był z tobą porozmawiać.
— Czy te dziewięćdziesiąt pięć tysięcy pesos było dla niej?
— Pożyczyłem jej pieniądze, żeby mogła spłacić najpilniejsze zobowiązania i opłacić tymczasowy wynajem. Obiecała, że odda, kiedy znajdzie pracę.
— Nasze pieniądze, Andrés. Nie twoje prywatne oszczędności.
— Masz rację.
— A w tym czasie opowiadałeś mi o zmyślonych spotkaniach i problemach w biurze. Po co wziąłeś cały tydzień wolnego?
Przez chwilę milczał.
— Pierwszego dnia Karla nie chciała nawet wejść do centrum. Poszedłem z nią. Później pomagałem naprawiać komputery i poproszono mnie o wsparcie przy dokumentacji.
— Do tego wszystkiego nie potrzebowałeś mnie okłamywać.
— Nie. Nie potrzebowałem.
Irytowało mnie, że przyznawał mi rację dopiero wtedy, gdy nie mógł już zaprzeczyć faktom. Wolałabym usłyszeć choć jeden naprawdę przekonujący powód, zamiast tej serii decyzji podejmowanych dla własnej wygody.
— Jest jeszcze coś? — zapytałam.
Jego palce zacisnęły się na krawędzi stołu.
— Jest sprawa dotycząca innej osoby. Nie mogę ci jeszcze wszystkiego wyjaśnić.
— Innej osoby?
— Powiem ci to, co będę mógł powiedzieć.
Wzięłam torebkę.
— Właśnie straciłeś prawo do samodzielnego decydowania, którą część naszego wspólnego życia mogę poznać.
Nie czekałam na odpowiedź.
Pojechałam do centrum. Karla pomagała tam rozdawać zupę i tortille w stołówce. Gdy mnie zobaczyła, odłożyła chochlę do garnka.
— Paula, miałam do ciebie zadzwonić.
— Wczoraj powiedziałaś, że jesz kolację w Saltillo. Ile jeszcze rozmów miałaś zamiar wymyślić, zanim zdecydowałabyś się powiedzieć mi prawdę?
Zaprowadziła mnie do małego pomieszczenia. Stały tam trzy plastikowe krzesła, pudło z życiorysami i wentylator, który skrzypiał przy każdym obrocie.
— Zwolnili mnie dwa miesiące temu — przyznała. — Firma zamknęła dział zakupów. Przez jakiś czas utrzymywałam się z odprawy, ale pieniądze się skończyły. Nie chciałam martwić mamy ani znowu przychodzić do ciebie po ratunek.
— Mogłaś poprosić mnie chociaż o to, żebym cię wysłuchała.
Karla westchnęła.
— Ostatnim razem, kiedy miałam problemy, zadzwoniłaś do czterech znajomych, żeby załatwić mi rozmowy kwalifikacyjne, zanim w ogóle zapytałaś, czego ja chcę. Pamiętasz?
Pamiętałam. Byłam dumna z tego, że potrafię wszystko zorganizować. Później złościłam się, kiedy odrzuciła ofertę, którą uważałam za idealną.