Przez wiele lat myślałam, że Adrián po prostu nie chce już dzielić ze mną życia. Teraz zaczynałam podejrzewać, że chciał również pozbawić mnie prawa do udziału w decyzjach firmy, którą pomogłam uratować.

A może chciał, żebym uwierzyła, że bez jego pieniędzy nie mam już żadnej siły.

Następnego dnia zjawiłam się w niewielkim biurze Eleny przed ósmą rano. Na biurku leżały wydrukowane umowy, protokoły i lista pytań.

Elena nie zaczęła od przelewu. Podała mi starszy dokument, protokół ze spotkania, podczas którego omawiano zasady sprzedaży udziałów.

— Zmieniono procedurę dotyczącą sprzedaży udziałów przez wspólników — wyjaśniła. — Jeśli ktoś zdecyduje się odejść, określona grupa zarejestrowanych udziałowców ma prawo pierwokupu.

— Która grupa?

Przesunęła w moją stronę kartkę.

Rozpoznałam pięć nazwisk. Byli to ci sami krewni, których firmy otrzymywały płatności z fabryki.

— Czy to oznacza, że straciłam swoje udziały?

— Nie. Z dokumentacji wynika, że nadal posiadasz 22 procent. Musimy natomiast sprawdzić, czy zmiana została prawidłowo zatwierdzona, zgłoszona i zakomunikowana wszystkim zainteresowanym. Brak potwierdzenia doręczenia zawiadomienia jest poważną luką, ale sam w sobie nie rozstrzyga jeszcze całej sprawy.

Podała mi kolejną kartkę.

Była to propozycja przygotowana przez prawnika Adriána na kilka tygodni przed rozwodem. Dokument nie został podpisany. Zawierał ofertę zakupu moich udziałów w ratach oraz możliwość dalszego korzystania przeze mnie z rodzinnego samochodu przez sześć miesięcy.

Poczułam ścisk w żołądku.

Adrián nigdy nie pokazał mi tej propozycji. Zamiast tego powtarzał, że najlepiej będzie, jeśli całkowicie odsunę się od jego spraw zawodowych.

— Czy chciał kupić ode mnie moją własną inwestycję, przedstawiając to tak, jakby robił mi przysługę?

— Nie możemy stwierdzić, jakie dokładnie miał zamiary, dopóki nie poznamy wszystkich okoliczności — odpowiedziała Elena. — Możemy natomiast ustalić, kto przygotował dokument i kiedy to zrobił.

Tego popołudnia zadzwoniła Beatriz, była kierowniczka działu zakupów w fabryce. Przez lata jadałyśmy razem lunche przy ekspresie do kawy. Była dokładna, spokojna i zawsze zapisywała swoje uwagi na marginesach raportów.

Mówiła teraz bardzo cicho.

— Lucía, nie wiem, czy powinnam się w to mieszać, ale widziałam, że niektóre oferty były niemal o trzydzieści procent wyższe niż propozycje niezależnych dostawców.

— Czy porównywałaś je na tych samych warunkach?

— Tak. W kilku przypadkach zakres usług był praktycznie identyczny. Przekazałam porównania Adriánowi.

— Co ci odpowiedział?

— Że te firmy są sprawdzone i godne zaufania. Potem przestano kopiować mnie w korespondencji dotyczącej części zamówień.

Zamilkła na chwilę.

— Jeśli będzie niezależna kontrola, mogę przedstawić swoje raporty. Nie chcę, żeby pracownicy zostali obwinieni za decyzje, których nie podejmowali.

Podziękowałam jej.

Elena wystąpiła do zarządu o niezależny przegląd umów z powiązanymi firmami oraz dokumentacji dotyczącej zgromadzeń akcjonariuszy. Dwóch niezależnych dyrektorów poparło wniosek. Uzgodniono również, że odpowiednie dokumenty zostaną zabezpieczone, aby nikt nie mógł ich po cichu zmienić.

Adrián zadzwonił do mnie następnego dnia, gdy kupowałam kawę przed spotkaniem.

— Robisz awanturę, bo jesteś zła z powodu rozwodu.

— Pytam o umowy zawarte między firmą a przedsiębiorstwami twoich krewnych.

— Oni naprawdę pracowali.

— Nikt tego nie kwestionuje. Chcę wiedzieć, dlaczego ceny były wyższe i kto je zatwierdził.

— Moja rodzina potrzebowała pomocy.

— Pracownicy też potrzebują wypłat. Firma nie jest twoim prywatnym portfelem.

Zapadła cisza.

Potem powiedział:

— Dopóki byłaś moją żoną, powinnaś była mi ufać.

Przez moment poczułam dawny odruch. Chciałam wyjaśnić, że przecież mu ufałam, że dlatego właśnie tak długo nie zadawałam pytań, że nigdy nie próbowałam kontrolować każdej jego decyzji.

Ale nie musiałam już niczego tłumaczyć.

— Ufałam ci. Dlatego tak długo zajęło mi sprawdzenie wszystkiego — odpowiedziałam.

Rozłączyłam się.

Dwa dni później rozpoczął się niezależny przegląd. Audytorzy potwierdzili, że część dostaw i usług rzeczywiście została wykonana. Jednocześnie znaleźli kilka umów, w których ceny znacząco odbiegały od porównywalnych ofert. Niektóre zatwierdzono bez pełnego ujawnienia powiązań rodzinnych, a część decyzji nie przeszła zwyczajowej kontroli.

Zarząd zdecydował o tymczasowym ograniczeniu uprawnień Adriána w obszarach objętych przeglądem. Nie był to wyrok ani ostateczne stwierdzenie winy. Chodziło o ochronę dokumentacji i zapobieżenie podejmowaniu kolejnych decyzji, zanim sprawa zostanie wyjaśniona.

Mimo to wiadomość uderzyła w niego mocniej, niż się spodziewałam.

Kiedyś widziałam go płaczącego, bo nie miał pieniędzy na wypłaty dla dwudziestu pracowników. Trzymałam go wtedy za rękę i obiecałam, że znajdziemy rozwiązanie.

Pamiętałam mężczyznę, który potrafił przyznać się do strachu i poprosić o pomoc.

Nie rozumiałam, kiedy stał się człowiekiem, który wolał ukrywać decyzje przed własną żoną, niż dopuścić ją do rozmowy.

Tego wieczoru ktoś zapukał do moich drzwi.

Na korytarzu stała Lorena, starsza siostra Adriána i właścicielka jednego z warsztatów, które świadczyły usługi dla fabryki. Miała rozmazany makijaż i ściskała przy piersi torbę pełną dokumentów.

— Nie przyszłam prosić cię o wybaczenie — powiedziała. — Przyszłam, bo nie mogę już dłużej udawać, że nic się nie stało.

Wpuściłam ją do środka i zaparzyłam herbatę. Przez kilka minut siedziała bez słowa, wpatrując się w filiżankę.

W końcu wyjęła wydrukowaną wiadomość.

Był to e-mail od Adriána, w którym polecał utrzymać określone stawki mimo wcześniejszych zastrzeżeń działu zakupów.