Raz w tygodniu chodziłem do niewielkiego warsztatu, w którym wolontariusze naprawiali używany sprzęt komputerowy dla lokalnych organizacji. Początkowo robiłem to z myślą o Samuelu. Później odkryłem, że lubię tę pracę.
Właściciel warsztatu, starszy mężczyzna imieniem Gabriel, nie miał dla mnie szczególnego szacunku tylko dlatego, że prowadziłem firmę.
— Nie tak — poprawiał mnie, kiedy źle podłączałem przewody. — Jeśli chcesz naprawiać komputery, musisz najpierw nauczyć się cierpliwości.
— Wiem, jak zarządzać ludźmi.
— To nie znaczy, że wiesz, jak słuchać.
Czasami myślałem, że wszyscy wokół mnie postanowili udzielać mi tej samej lekcji.
Może mieli rację.
Trzy miesiące po otrzymaniu listu Natalia przesłała mi wiadomość.
Segunda Orilla organizowała otwarty dzień dla współpracowników i darczyńców. Miała zostać oficjalnie zaprezentowana sala szkoleniowa imienia Samuela.
Amelia zgodziła się, żebym przyszedł.
Na końcu wiadomości znalazło się jeszcze jedno zdanie:
„Jeśli po zakończeniu wydarzenia nadal będzie pan chciał porozmawiać, Amelia zgadza się na krótkie spotkanie”.
Przeczytałem tę wiadomość kilka razy.
Nie prosiłem o wcześniejszy termin. Nie dzwoniłem do Natalii, by dowiedzieć się, czy Amelia zmieniła zdanie.
Po prostu odpisałem:
„Dziękuję. Będę”.
W dniu wydarzenia przyjechałem do Valle de Bravo przed południem.
Budynek Segunda Orilla był niewielki, pomalowany na biało. Na dziedzińcu rosły donice z miętą i rozmarynem. Kilka osób rozwieszało dekoracje, inni ustawiali krzesła.
Lucía przywitała mnie przy wejściu.
— Dziękuję, że pan przyjechał.
— To ja powinienem podziękować za zaproszenie.
Zaprowadziła mnie do sali szkoleniowej.
Na stołach stały używane komputery, klawiatury i niewielkie zestawy narzędzi. Na jednej ze ścian wisiała fotografia Samuela naprawiającego rower.
Zatrzymałem się przed nią.
Nie był to obraz człowieka, którego pamiętałem z ostatnich rodzinnych spotkań. Na zdjęciu wyglądał na zmęczonego, ale szczęśliwego. Miał ręce ubrudzone smarem i szeroki uśmiech.
Pod fotografią znajdowała się krótka tabliczka:
„Samuel Salcedo wierzył, że druga szansa ma sens tylko wtedy, gdy ktoś pozwoli nam z niej skorzystać”.
Nie potrafiłem oderwać wzroku.
— Dzisiaj w kursie uczestniczy dwunastu ludzi — powiedziała Lucía. — Dwoje z nich dostało już pracę. Kolejni przygotowują się do rozmów kwalifikacyjnych.
— Samuel byłby szczęśliwy.
— Myślę, że tak.
Wtedy usłyszałem za sobą znajomy głos.
— Adrián.
Odwróciłem się.
Amelia stała w drzwiach. Miała na sobie dżinsową kurtkę i trzymała dwa papierowe kubki z wodą. Wyglądała inaczej niż kobieta, którą pamiętałem z ostatnich lat naszego małżeństwa. Była spokojniejsza. Nie sprawiała wrażenia osoby, która czeka na pozwolenie, by powiedzieć, co myśli.
— Dziękuję, że pozwoliłaś mi przyjść — powiedziałem.
— Chciałam, żebyś zobaczył, co Samuel pomógł zapoczątkować.
Nie próbowałem jej dotknąć ani objąć.
Wyszliśmy na dziedziniec. Kiedy wydarzenie dobiegło końca, usiedliśmy przy niewielkim stoliku.
Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało.
— Przeczytałem list — zacząłem.
Amelia skinęła głową.
— Domyśliłam się.
— Powinnaś była mi powiedzieć, że go znałaś.
Spojrzała na mnie spokojnie.
— Powiedziałam ci. Podczas naszego pierwszego wspólnego wyjazdu. Opowiadałam o warsztatach, o komputerach i o tym, jak Samuel próbował odbudować swoje życie.
— Pamiętam.
— Nie, Adrián. Teraz sobie przypominasz. Wtedy powiedziałeś, że nie chcesz słuchać o swoim bracie.
Opuściłem wzrok.
— Mogłaś spróbować jeszcze raz.
Amelia przez moment patrzyła na mnie bez słowa.
— Próbowałam. Wielokrotnie. Mówiłam ci o pracy, o samotności, o tym, że potrzebuję twojej obecności. Prosiłam, żebyśmy jedli razem kolację. Żebyś odłożył telefon. Żebyś pojechał ze mną na spotkanie. Nie chciałam spędzić całego życia, walcząc o twoje piętnaście minut uwagi.
Nie miałem argumentu.
— Czy zbliżyłaś się do mnie dlatego, że Samuel cię o to poprosił?
Amelia pokręciła głową.
— Nie. Samuel dał mi twój numer wiele lat wcześniej, kiedy chciałam poprosić twoją firmę o sprzęt. Wtedy nawet cię nie znałam. Poznaliśmy się później przez wspólnych znajomych. Zakochałam się w tobie, bo wtedy potrafiłeś być czuły, zabawny i uważny. Nie wyszłam za ciebie, żeby spłacać jakąś rodzinną przysługę.
— Kiedy dowiedziałaś się o Mónice?
Amelia zacisnęła dłonie na kubku.
— Pięć miesięcy przed rozwodem. Zobaczyłam wiadomość na twoim telefonie. Potem zapytałam cię, co się dzieje. Odpowiedziałeś, że nie masz obowiązku tłumaczyć mi każdej godziny swojego dnia.
— Mogłem ci to wyjaśnić.
— Mogłeś. Ale ja już wtedy od dawna wiedziałam, że nie chcesz ze mną rozmawiać.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
— Kiedy otrzymałem dokumenty rozwodowe, nawet ich nie przeczytałem — powiedziałem. — Odłożyłem je, bo miałem spotkanie z Mónicą.
Amelia przymknęła oczy.
— Pamiętam tamten dzień. Zapytałam, czy możemy porozmawiać po kolacji. Powiedziałeś, że prawnik zajmie się wszystkim, co skomplikowane.
— Przepraszam.
— Wtedy nie potrzebowałam przeprosin. Potrzebowałam partnera.
Poczułem, że gardło zaczyna mi się zaciskać.
— Czy jest jakakolwiek szansa, żebyśmy kiedyś spróbowali jeszcze raz?
Amelia nie odpowiedziała od razu.
— Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Ale nie chcę, żebyś traktował moją decyzję o odejściu jak problem, który musisz rozwiązać. Nie wrócę do małżeństwa tylko dlatego, że wreszcie zrozumiałeś, co straciłeś.
Skinąłem głową.
— Rozumiem.
— Mam nadzieję, że naprawdę.
Wskazała na salę, w której wolontariusze zbierali sprzęt.